sobota, 18 lipca 2015

72. Plan.

Lily siedziała na podłodze w swoim pokoju, wraz z Alem, Hugo i Rose. Już od kilku godzin byli pochłonięci grą w Eksplodującego Durnia. Lily właśnie marszczyła czoło, zastanawiając się, jaką kartę tu położyć, gdy niespodziewanie odezwał się Hugo:
-Słyszeliśmy, jak nasi rodzice mówili coś o upomnieniu z Hogwartu. Wiecie coś na ten temat?
Lily patrzyła zdezorientowana na swojego brata, wytrącona z rozmyślań. Al uśmiechnął się przebiegle i powiedział:
-Tak, podsłuchałem ich rozmowę. Z tego, co wiem, James włóczył się po Hogwarcie w nocy, z tymi swoimi przyjaciółmi, jak oni mieli na imię…?
-Mike i Aria.- wtrąciła natychmiast jego siostra.
-No właśnie. Nie wiem, czego oni szukali, ale w każdym razie przyłapano ich i nieźle oberwali, a rodzice wysłali wyjca. I dobrze mu tak.
Cała czwórka zaczęła chichotać na samą myśl o szkarłatnej kopercie, z której wyskakuje list, wykrzykujący uwagi i obelgi pod adresem Jamesa.
Niespodziewanie do ich okna zapukała sowa. Od razu rozpoznali Nereidę. Sowa z gracją wleciała do środka i przysiadła na stole. Al odwiązał list, który niewątpliwie był od jego brata:
Al,
Potrzebna mi Twoja pomoc. Pamiętasz Mapę Huncwotów, o której opowiadał nam tata? On ma ją dalej, chowa ją w swoim gabinecie.
Jest mi potrzebna. Błagam, prześlij mi ją jak najprędzej. Tata nie może o tym wiedzieć, zróbcie to dyskretnie. Z góry uprzedzam- nie czas na wyjaśnienia.
James.
Al odczytał list jeszcze raz, tym razem na głos. Lily od razu zaczęła kręcić głową, piszcząc:
-Nie możemy tego zrobić, Al! Ta mapa należy do taty, nie ukradniemy jej.
Chłopiec przygryzł wargę, wahając się. Z jednej strony robiło mu się nie dobrze na samą myśl, że miałby ukraść coś swojemu własnemu ojcu z gabinetu. Darzy go dużym szacunkiem i kocha go, ale z drugiej strony, James na pewno nie prosiłby go o to, gdyby nie było to ważne, sam na pewno ma wyrzuty sumienia.
-On chyba naprawdę ma kłopoty…- zaczął niepewnie Al, wbijając wzrok w list.- Przecież… on na pewno odda ją tacie. Chcę mu pomóc.
Hugo i Rose nie odzywali się, najwyraźniej chcąc, by to oni podjęli decyzję. Lily, po chwili walki z samą sobą i własnym sumieniem, spojrzała na nich, pytając cicho:
-A wy? Pomoglibyście nam.
Pokiwali głowami.
-Dobrze. Zróbmy to.
                                         ~*~
Biegł korytarzem, który coraz bardziej się wydłuża. Na jego końcu są drzwi, ale nie przybliżają się. Przeciwnie, oddalają, jakby kpiły sobie z jego starań. Ciężko dyszał, krzyczał, chciał się zatrzymać, ale nie mógł. Popadł w trans, uwięziony w labiryncie własnych wahań. Chęć dotarcia do drzwi była tak wielka, że nie myślał racjonalnie. Przyspieszył. Miał wrażenie, że jest coraz bliżej, gdy nagle odbił się od niewidzialnej szyby. Z głuchym łomotem opadł na ziemię, ale nie odczuwał bólu. Widział tylko drzwi, które giną za mgłą. Szepty. Słyszał je zewsząd, sam nie wiedział, co chcą mu przekazać. Były złowieszcze, mroziły mu krew w żyłach, przytwierdzały do podłoża. Chciał się ruszyć, ale nie mógł. Czuł na swoim ramieniu zimny dotyk. Jego chłód wypełnił go natychmiast, a on krzywił się z bólu i rozpaczy. Głos uwiązł mu w gardle, gdy chciał wołać o pomoc. Nikt go nie uratuje. Był skazany na śmierć, tu i teraz, w objęciach zła. Postanowił odwrócić się, by zobaczyć, kto dotykał jego ramienia, rozprzestrzeniając te nienaturalne zimno. O dziwo, mógł ruszać głową. Dzwoniło mu w uszach, przed oczami widniał krzyż, z przekrzywioną poziomą linią. Już się odwracał, by spojrzeć po raz ostatni w oczy swojemu napastnikowi, ale wtedy… wszystko zniknęło, pochłonęła to ciemność.
James obudził się, zlany potem. Był w dormitorium, nic mu nie grozi. Mimo to, wciąż czuł zimy dotyk na swoim ramieniu i chłód, wypełniający go od środka. Łapczywie wdychał powietrze do płuc, jakby rzeczywiście przed chwilą biegł.
Zastanawiał się, czy krzyczał, błagając o pomoc, tak jak w śnie. Rozejrzał się. Mike siedział na swoim łóżku, trochę zażenowany, a trochę przerażony. Obok niego leżała książka: „Pokonaj wroga. Zaklęcia dla początkujących.”. Dziwne, nie było jej na spisie podręczników. Na co ona Mike’owi?
Wtedy zdał sobie sprawę, że Matt i Ren także go obserwują. Niepewnie spojrzał w ich stronę. Odchrząknął, a jego głos brzmiał słabo:
-Wybaczcie, jeśli Was obudziłem.
Wstał, poprawił pościel, po czym chwycił swoją szatę, ubierał ją i czym prędzej ruszył w stronę drzwi.
-James…- zaczął Matt.- Wszystko w porządku?
-Tak.- nie zabrzmiało to przekonująco, lecz James już wybiegł z dormitorium.

Pierwszą lekcją w tym dniu są eliksiry, więc James po krótkim śniadaniu, ruszył samotnie do lochów. Aria była teraz zła i na niego, i na Mike’a. Zajęli bez słowa swoje miejsca przy stoliku, odczytując ingrediencje z tablicy, która stała przy biurku Profesora Slughorna. Chłopak z zazdrością spoglądał, jak Aria sprawnie pokroiła korzonki, po czym dodała je do swojego kociołka, mieszając. Postanowił pójść w jej ślady, a już po chwili wiedział, że nie był to dobry pomysł. Eliksir Arii był prawie przezroczysty, lekko zabarwiony na turkus. Jego natomiast- gęsty i ciemnoniebieski. To, co przyrządził Mike wyglądało jak beton, który zastygł na dnie kociołka. Profesor Slughorn ogłosił, że skończył się czas. Każdy wyjął szklany pojemnik, by umieścić w nim zawartość swojego kociołka. James właśnie dodawał potajemnie kolejny składnik, ale tylko pogorszył sprawę, bo z kociołka zaczął unosić się czarny dym, który wypełnił całą salę. Rozległ się syk, po czym krzyk. Jedna ze Ślizgonek wylała na siebie swój eliksir, który wywołał u niej ciemnozieloną wysypkę. Slughorn postanowił zaprowadzić ją do Skrzydła Szpitalnego, oznajmiając, że to koniec lekcji. Pierwsza do drzwi ruszyła Aria, za nią ciągnął się Mike. James obserwował, jak dochodzą do progu, gdy usłyszał za sobą kpiący głos:
-Och, Potter, jak mi przykro. Twoi przyjaciele Cię opuścili?
James powoli wyprostował się i odwrócił. Zobaczył przed sobą dwóch Ślizgonów z pierwszej klasy, bliźniaków. Chłopak- Chris Hopkins i dziewczyna- Nelly Hopkins. Obaj mają jasnobrązowe włosy i ciemne oczy. Uśmiechali się niemal tak samo, wyzywająco.
-Nie wasz interes.- odpowiedział spokojnie James, zarzucając torbę na ramię. Postanowił, że nie da się wytrącić z równowagi.
-A może Ty ich nigdy nie miałeś?- śmiała się Nelly.- Wiadomo, że każdy leci na Twoje nazwisko, Ty sam, jesteś bezwarto...
Nie dokończyła, bo do sali wparowała Aria. Krzyknęła:
-Wingardium Leviosa!
Nelly wzbiła się w powietrze, machając histerycznie rękoma. Chris zareagował natychmiast. Rzucił zaklęcie, dzięki któremu Aria upadła na ziemię. James już podbiegał, by pomóc jej wstać, gdy niespodziewanie pojawił się Mike, który celując w Chrisa różdżką, zawołał:
-Locomotor Wibbly!
James przystanął. Dziwne, nie znał tego zaklęcia. Spojrzał z aprobatą na swojego przyjaciela i wtedy przypominał sobie książkę, którą widział u niego na łóżku. No tak, to na pewno stamtąd znał to zaklęcie. Nie spodziewałby się tego po Mike’u. To cichy chłopiec, nieśmiały, nierzucający się w oczy. A jednak… Nogi Chrisa zaczęły się niekontrolowanie trząść jak galareta. Chłopak krzyknął:
-Co ten szlama mi zrobił?!
Wszyscy zebrani Gryfoni (a powstała już pokaźna grupka) wstrzymali oddech w niedowierzaniu i złości. Zaczęli wykrzykiwać obelgi pod adresem Chrisa, natomiast Mike, nieświadomy znaczenia tego słowa, tylko rozglądał się po sali. James wrzasnął:
-Petrificus Totalus!
Nauczył się tego zaklęcia na Obronie Przed Czarną Magią. Chris padł jak długi, unieruchomiony. Nelly, wciąż w powietrzu, zaczęła jeszcze głośniej krzyczeć, natomiast Gryfoni z aprobatą kiwać głowami, śmiejąc się. Do Sali wpadł przerażony Slughorn. Wściekł się, odejmując dla Gryffindoru i Slytherinu po piętnaście punktów.
Aria, leżąc na podłodze, miała odsłoniętą łydkę. James zauważył, że rana teraz spuchła i zrobiła się sina. Nie uszło to też uwadze Slughorna:
-Panno Hastings! Powinna Pani iść do Skrzydła Szpitalnego, i to w tej chwili!
-To nic takiego…
-W TEJ CHWILI!
Aria wstała powoli, korzystając z pomocy Jamesa i jęcząc cicho. Mike podtrzymywał ją z drugiej strony, gdy ramię w ramię ruszyli w stronę Skrzydła Szpitalnego.
-Naprawdę, nie…-zaczęła Aria, ale James i Mike natychmiast karzą jej uciszyć się. Przecież ta rana wygląda okropnie, nie można tego lekceważyć.
Pani Pomfrey nie pozwoliła im zostać, więc wrócili do wieży Gryffindoru. Tam Mike zapytał, co oznacza słowo „szlama”. James wahał się do ostatniej chwili, ale postanowił powiedzieć mu prawdę:
-To okropne słowo, używają go tylko wstrętni czarodzieje. Tak potocznie nazywa się dzieci mugoli, gdy chce się je urazić…
Mike pokiwał w zamyśleniu głową. Nic nie mówił. Po chwili przerwał jednak ciszę:
-Słuchaj, masz już plan, jak przeszukać gabinet McGonagall?
James przytaknął.
-Możemy to zrobić jutro. Dzisiaj mam szlaban u Filcha, więc jutro wypada moja kolej u Hagrida. Ty wtedy będziesz miał u McGonagall, a Aria u Filcha. Jakoś przekonam Hagrida, żeby mnie puścił, to równy gość. Nie wiem, czy zdołam wyciągnąć Arię, ale spróbuję przekonać Filcha, że Irytek rozrzuca wokół biblioteki łajnobomby…
-Irytek?
-Taki duch, wiecznie musi coś zmajstrować. Pójdziemy do McGonagall, twierdząc, że Irytek zdewastował salę od Transmutacji. Wtedy zaczniemy poszukiwanie, jedno z nas stanie na warcie.
-A nie zdziwi ją to, że Ty i Aria nie odwalacie szlabanu?- powątpiewał Mike.- A co jeśli spotka się z Filchem?
-Trzeba zaryzykować…
Po chwili James sobie coś przypominał:
-Mój tata miał taką mapę! Ona nazywała się… Mapa Huncwotów! Pokazywała wszystkie tajne przejścia i gdzie znajduje się dana osoba! Bardzo by nam pomogła.
-I Twój tata tak po prostu Ci ją da?
-Nie. Poproszę brata, by mu ją wykradł…- powiedział cicho James, czując wyrzuty sumienia. Co jednak ma począć? Musieli działać, a nie mogą dać się przyłapać. Z resztą… jego ojciec też nie był święty. Najwyraźniej w niego wdał się James.
Chłopak zaczął rozważać prośbę o Pelerynę Niewidkę, ale szybko odrzucił tę myśl. Była potrzebna ojcu w pracy, a tak poza tym na pewno zauważyłby jej zniknięcie.

Usłyszeli dziewczęcy pisk, po chwili dźwięk upadku. Zewsząd zaczęły rozbrzmiewać głosy, przerażone szepty, zduszone okrzyki. James i Mike przeszli przez portret Grubej Damy. Ten i ów, zaczął spoglądać na nich z dziwnym wyrazem twarzy, niektórzy nawet klepali ich po plecach. Rozsunęli się, a to co zobaczyli sprawiło, że Jamesowi uwiązł głos w gardle. Aria. Nogę już miała wyleczoną, ale leżała nieprzytomna i blada, zupełnie jak Lucy kilka tygodni temu. Na jej lewym nadgarstku widniał znak… Krzyż z przekrzywioną poziomą linią.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam na mój drugi blog: dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com

9 komentarzy:

  1. GENIALNE!!!! Jestem ciekawa czy uda im sie przeszukac ten gabinet i czy Lily, Albus, Rose i Hugo wykradna te mape od harrego :)
    Czekam na next
    Lily

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojaaa, super! Pisz szybko nexta!

    OdpowiedzUsuń
  3. Na brodę merlina! Biedna Aria. :( Mam cichą nadzieję,że Harry przyłapie Albusa na wykradaniu mapy,o ile spróbują ją wykraść. Nie wiem czemu,ale sądzę,że byłoby to tragiczne i śmieszne :D Co do Chrisa: ja mu dam szlamę,zaraz!! Rzucę na niego Avadę i po sprawie,mam nadzieję,że nie będzie Ci przykro :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah, spokojnie, rzucaj, też go nie lubię :D

      Usuń
  4. Zajebiste....czekam na kolejne rozdziały

    OdpowiedzUsuń
  5. Wooow,ale swietny rozdział. Mam nadzieję, ze uda im sie wykrasc to od Harry'ego, tylko ciekawe co o na to :p
    Biedna Aria:(( Oby chłopaków udał sie ten plan i rozwiązali zagadkę, ktorej szczerze mówiąc sama jestem bardzo ciekawa :D
    Czekam na następny :*

    Wpadnij do mnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej,
    ten sen Jamesa, och Albus ma zwinąć mape huncwotów ojcu... ale co tak naprawdę się stało?
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń