sobota, 27 lutego 2016

104. Ramię w ramię.

Ten rozdział dedykuję wszystkim harcerkom i harcerzom.
22 lutego obchodziliśmy Dzień Myśli Braterskiej, więc przesyłam wam spóźnione życzenia i przekazuję wyimaginowane węzełki przyjaźni.
Życzę Wam powodzenia na dalszej drodze harcerskiej. I żebyście tak ja ja czuli, że harcerstwo to najlepsze, co Was w życiu spotkało.
Jedyne słowa, które jeszcze cisną mi się na usta to:
Ramię pręż, słabość krusz. I nie zawiedź w potrzebie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tego dnia Ginny została dłużej w pracy. Czekała w swoim gabinecie, sama sobie się dziwiąc, że to robi. Usłyszała, że drzwi lekko się uchylają i zobaczyła błysk blond włosów.
Allie weszła do środka, od stóp do głów ubrana na czarno. Ginny parsknęła śmiechem, na co jej przyjaciółka w odpowiedzi przyłożyła palec do ust, nakazując ciszę.
-Wybacz.- wyrzuciła rudowłosa, zginając się wpół, by powstrzymać wstrząsający nią chichot.- Po prostu… ubrałaś się…jakbyśmy miały zamiar okraść Bank Gringotta…
Allie nasunęła na uszy czarną czapkę.
-Po prostu wczułam się w rolę.- uniosła przedmiot, który przykryty był czarną płachtą.- Patrz, co mam.
Gryfonka uniosła brwi, gdy jej przyjaciółka zdjęła materiał, odsłaniając słoik, w którym znajdowała się niewielka górka czegoś czarnego.
-Co to?- zapytała z zaciekawieniem Ginny, podchodząc bliżej. Pochyliła się, po czym natychmiast odskoczyła do tyłu.- Fuj, Allie! Co to ma być!?
-Żuki.- odparła rzeczowo Puchonka, jakby było to najnormalniejszą rzeczą w świecie.- Przecież Rita uwielbia żuki.
-O czym ty…?
Ginny gwałtownie urwała, gdy w jej głowie nagle zaświtała pewna myśl. Hermiona kiedyś jej opowiadała, że Skeeter zmieniła się w żuka, by podsłuchiwać swoje ofiary.
Kobieta ponownie parsknęła śmiechem.
-Jesteś geniuszem zła…- wymamrotała. Znów czuła się, jakby robiła coś niedozwolonego, jakby miała 16 lat. Przeszedł ją dreszcz podniecenia.
Wyruszyła za Alyson na korytarz, kierując się prosto do gabinetu Rity Skeeter. Korytarze o tej porze były puste, jednak Ginny pozostała czujna, wciąż rozglądając się nerwowo. Allie przywarła gwałtownie do ściany, więc jej przyjaciółka z bijącym sercem zrobiła to samo.
Po 10 sekundach Gryfonka zapytała:
-Słyszałaś coś?
-Nie, po prostu uznałam, że zawodowi włamywacze właśnie tak robią.
Po czym ruszyła dalej, podczas gdy Ginny przewróciła oczami.
Dotarły pod drzwi, które oczywiście zamknięte były na klucz.
-Alohomora.- wyszeptała Allie, po czym usłyszały ciche kliknięcie. Ginny parsknęła z niedowierzaniem, na co odpowiedział jej uciszający syk przyjaciółki. Czy Skeeter naprawdę była na tyle naiwna, by nie zabezpieczać dodatkowo drzwi?
Wtargnęły do środka. Nie zapalały światła, by nie przykuwać niczyjej uwagi, więc Ginny nie mogła rozejrzeć się uważniej. Co rusz jednak potykała się, wyczuwając kolejne przedmioty: krzesło, biurko, regał…
-Czas na was, szkarady.- wyszeptała Allie, wyciągając żuki z słoika i kładąc je na biurku. Ginny patrzyła na to z obrzydzeniem, przyświecając różdżką, podczas gdy jej przyjaciółka ustawiała robaki w rządku.
-A teraz… Engorgio!
Ginny zatkała sobie usta, powstrzymując jęk obrzydzenia, gdy pierwszy z żuków gwałtownie się powiększył. Już po chwili przybrał rozmiar jeża. Gdy to się stało, Allie skierowała swoją różdżkę na kolejnego robaka.
                                      ~*~
Ciemność wyciągnęła swoje ramiona, by zagarnąć w nie Jamesa. Chłopiec już się poddał, jednak ten ktoś, kto ciągnął go w drugą stronę, z dala od czerni, nie dawał za wygraną.
Potter poczuł, że płynie, a w zasadzie jest przez kogoś ciągnięty w stronę drzwi, jednak nie miał pojęcia, kto to taki. Poddał się jednak temu zupełnie, ufając, że ten ktoś uratuje go przed całkowitym opadnięciem w niebyt.
Zobaczył światło. Płuca paliły go żywym ogniem, czuł, jak woda je zalewa. Czy to już koniec?
Zbliżał się do jasności, w uszach dudniła mu krew. Rozchylił szerzej powieki, co przyszło mu z wielkim trudem. Nie był w stanie zobaczyć, kto go ciągnie; ujrzał tylko zamazaną sylwetkę. Zamiast tego zdał sobie sprawę, że światło, do którego się zbliża ma swoje źródło za brązowymi drzwiami.
Coraz bliżej i bliżej. James miał wrażenie, że jasność go oślepia. Wpadł w nią, czując pod sobą coś twardego. Beton.
Zaczerpnął gwałtownie powietrza, którego tak desperacko pragnęły jego płuca. Znów mógł oddychać!
Leżał na wznak, łapczywie nabierając kolejnych haustów powietrza. Mokra szata kleiła mu się do ciała, słyszał jakby z daleka. Dobiegały go stłumione głosy:
-JAMES! JAMES!?
Moja noga, pomyślał nagle chłopiec. Przecież zranił się w nią. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo go boli.
To uczucie zawładnęło nim całym, sprawiając, że na chwile znów zabrakło mu powietrza. Jego umysł był wstanie skupić się tylko i wyłącznie na bólu pożerającym jego nogę.
Ktoś się nad nim pochylał- z pewnym trudem to zarejestrował. Czyjeś ręce przekręciły go na plecy, potrząsając nim bezwiednie.
Przestań, pomyślał James, zaciskając powieki. Pragnął tylko jednego: oddać się w ramiona ciemności, które tak desperacko do niego sięgały.
Postanowił jednak na chwilę uchylić powieki. Zrobił to i zobaczył ciemne oczy swojego przyjaciela, gdy pochylał się nad nim; było w nich coś w rodzaju desperacji, paniki, która szybko zmieniła się w ulgę.
James wodził wzrokiem po jego twarzy. Zauważył, że włosy Mike’a są dziwnie poczochrane i całe mokre. To takie bez sensu.
-James!- było to bardziej westchnienie, niż słowo.- Wszystko dobrze!? Błagam, powiedz coś.
Chłopiec otworzył usta by odpowiedzieć, jednak poczuł, że w gardle kompletnie mu zaschło. Kolejne słowa przyszły mu z niemałym trudem:
-Moja… noga.
-James?- zza pleców Mike’a wychyliła się dziewczynka; James z początku jej nie poznał. Jej szata były namoknięta, włosy do suchej nitki przesiąknięte wodą, a oczy podpuchnięte. Dopiero po barwie tęczówek poznał, że to Aria. Wszędzie poznałby ten błękit.
Mike odchylił się do tyłu, pomagając Jamesowi wstać. Chłopiec oparł się o ścianę, omiatając pomieszczenie i zaniepokojone twarze swoich przyjaciół szybkim spojrzeniem.
Znajdowali się w pierwszym pomieszczeniu; tam, gdzie umieścili elementy na swoje miejsca, otwierając przejście. James szybko spojrzał na otwarte drzwi i ogarnęła go fala paniki, która w następnej chwili zmieniła się w zdezorientowanie.
Drzwi było otwarte- dlaczego więc nie zalazła ich powódź?
Woda zatrzymała się dokładnie w miejscu, gdzie kończył się próg brązowych wrót. Tak, jakby oddzielała ją niewidzialna tarcza. James przez chwilę patrzył na to jak zahipnotyzowany, aż w końcu z otępienia wyrwał go głos Mike’a.
-James, co się stało?
-Ja… po prostu zahaczyłam o coś szatą i zraniłem sobie nogę, nie mogłem się wyrwać. Ale wtedy ktoś przypłynął i podał mi rękę… Czy to byłeś ty, Mike?
Chłopiec szybko skinął głową.
-Dzięki, stary. Serio. Uratowałeś mi życie.- James patrzył prosto w oczy przyjaciela, starając się przelać w swoje spojrzenie całą wdzięczność. Przez chwilę tylko patrzyli sobie w oczy, aż w końcu Mike odwrócił wzrok.
-Wynośmy się stąd.- wymamrotał.- James, pomożemy ci wstać.

Po czym podciągnęli go do góry, by wyjść razem z tego przeklętego pomieszczenia, ramię w ramię.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam na mojego drugiego bloga: dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com
Oraz na aska: ask.fm/SmallMockingjay

sobota, 20 lutego 2016

103. Pod wodą.

Ten rozdział dedykuję Miramo, która złamała zakaz na komputer, by przeczytać nowy rozdział.
Ach, te poświęcenie... :D Dziękuję! I... nie daj się przyłapać :v
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ginny pochylała się nad reportażem, który właśnie pisała. Szef kazał jej dostarczyć go na jutro- przewróciła oczami na samą myśl o jego zaciętym wyrazie twarzy, gdy spoglądał na nią surowo. Westchnęła, skreślając kolejne beznadziejne zdanie. Pomyślała, że wena twórcza musiała ją opuścić.
Usłyszała gwałtowne walenie w drzwi. Wzdrygnęła się, jednak nie oderwała wzroku od swojej pracy.
-Harry!?- zawołała.- Otworzysz!?
Nie odpowiedział, lecz po chwili kobieta usłyszała gwałtownie otwierające się drzwi.
Allie wspięła się na palce, by pocałować zdezorientowanego Harry’ego w policzek. Rzuciła szybkie:
-Cześć!
I ruszyła w stronę pokoju, w którym przesiadywała Ginny. Kobieta zdjęła płaszcz koloru zgniłej zieleni i rzuciła go na łóżko. Jej oczy tryskały podekscytowaniem, gdy mówiła:
-Popatrz, co napisano w Proroku.
Usiadła obok Ginny, jej blond włosy były rozwiane. Rudowłosa uniosła brwi, z zaciekawieniem spoglądając na artykuł, który pod nos podstawiła jej Allie.
Nowa paranoja Rity Skeeter!
    Wszyscy świetnie pamiętamy, jak niedawno temu w Proroku pojawił się artykuł, ujawniający kompromitujące zdjęcia Rity Skeeter. Autor podpisał się jako- AG, który jest teraz podziwiany przez wiele osób. Od tego czasu Rita dzielnie próbuje odnaleźć swojego oprawcę- jednak to niestety na nic. AG wciąż pozostaje anonimowy, nie chcąc się ujawniać.
Gdy ostatnio spostrzegliśmy Skeeter, od razu zapytaliśmy, co chciałaby powiedzieć AG, jeśli już go spotka. Nie dało się nie zauważyć, że kobieta nie wygląda już tak jak kiedyś: garsonka była pognieciona, w zawsze perfekcyjnie ułożone włosy tego dnia były poczochrane i powyginane na wszystkie strony świata.
„Nic bym nie powiedziała.- odpowiedziała dziennikarka.- Mogę przysiąc na własne życie, że na miejscu powyrywałabym tej osobie włosy z głowy, a w razie potrzeby wydłubała oczy. Więc, mój drogi AG, jeśli to czytasz, to wiedz, że to nie koniec! Nie ujdzie ci to na sucho! Znajdę cię, AG, a wtedy zrobię to wszystko, co obiecałam zrobić!”
Jesteśmy świadkami powolnego upadku Rity Skeeter. Ta kobieta staje się niebezpieczna… Co wy na to, by zamknąć ją gdzieś, gdzie nie będzie mogła dorwać się do oczu AG? My jesteśmy za!
Ginny parsknęła śmiechem.
-Lepiej schowaj włosy pod czepek, Allie. I załóż okulary.
Alyson z powagą skinęła głową.
-Masz rację, powinnam uważać. Nie chciałabym poczuć jej tipsów w swoich oczach.- kobieta w końcu się roześmiała. W jej oczach zaczaiła się niebezpieczna iskierka.- Mam pewien świetny pomysł… Czas reaktywować AG!
Ginny z uśmiechem pokręciła głową.
-I ty uważasz się za poważną, dorosłą osobę?
                                             ~*~

Aria gwałtownie się poderwała, gdy ból ustał. Rozejrzała się rozkojarzona, zawieszając wzrok na swoich przyjaciołach, którzy z szokiem wymalowanym na twarzy spoglądali na krzyże, które wciąż dzierżyli w dłoniach.
Dziewczynka powoli podniosła wysadzany diamentami element i podeszła do pozostałej dwójki.
Nikt nie był w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku.
Targało nimi tysiące sprzecznych uczuć. Czy to koniec? A może dopiero początek? I co właśnie, na Brodę Merlina, się stało!? Cała trójka potrzebowała dłuższej chwili, by to przyswoić. Aria wzięła głęboki oddech:
-Chłopcy…
Przerwał jej głośny dźwięk kapania dobiegający z drugiej strony pomieszczenia. Spojrzeli w tamtą stronę jednocześnie, jednak nie mogli znaleźć źródła odgłosu.
Nagle kapanie zmieniło się w coś mocniejszego, a potem jeszcze i jeszcze… Aż w końcu powstał wartki strumień, który wylewał się z dziur w ścianie, których wcześniej nie zauważyli.
Patrzyli na to zahipnotyzowani, gdy strumień zmienił się w potężną falę wody. Dopiero, gdy poczuli ją pod butami, ruszyli biegiem w stronę złotych drzwi, ślizgając się po drodze. Mike ze zdenerwowaniem przekręcił gałkę, ręce trzęsły mu się spazmatycznie.
Wbiegli do pomieszczenia. Tutaj także z dziur w ścianie lał się potok wody, która sięgała im już do pasa. W rozpaczy brnęli przed siebie, jednak ich ruchy były ograniczone. Srebrne drzwi znajdowały się tak daleko.
Nawet jeśli znaliby odpowiednie zaklęcie, by coś na to wszystko poradzić, to i tak nie byliby w stanie teraz odpowiednio go użyć. Zaczęli płynąć, wystawiając rozpaczliwie głowy ponad taflę wody. James jako pierwszy dopadł srebrnych drzwi. Musiał zanurkować, by je otworzyć.
A gdy to robił, zalała ich kolejna fala wody.
Krztusili się nią i wystawiali głowy, by nabrać powietrza. Korytarz, który poprzednio był skurczony, teraz przybrał swoją dawną formę, rozciągając się na wiele, wiele stóp. Był tak długi, że cała trójka niemal straciła nadzieję. Wiedzieli, że jeszcze trochę i woda sięgnie sufitu. Pozostało już tylko trochę miejsca, by nabrać powietrza.
Przez drzwi James przepływał jako ostatni. Poczuł, że jego szata się o coś zaczepiła. Chciał krzyczeć o pomoc, jednak to było na nic, bo znajdowali się pod wodą. Rozpaczliwie szarpał się z materiałem, czując, że braknie mu powietrza. Wierzgnął nogą, kalecząc ją o ostrą framugę. Woda zabarwiła się na czerwono.
Jak mam płynąć ze zranioną nogą?- pomyślał chłopiec. Poczuł, że jego płuca palą go żywym ogniem, oczy zaszły mu czarnymi plamami. Nie chciał tak kończyć. Jeszcze nie teraz.
Wypuścił szatę, czując, że siły go opuszczają. Nie dotrze do brązowych drzwi, na to nie ma szans.

I wtedy ktoś chwycił go za dłoń.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam na mojego drugiego bloga: dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com
Oraz na aska: ask.fm/SmallMockingjay

sobota, 13 lutego 2016

102. Cztery tygrysy.

Równo tydzień temu mój blog obchodził pierwsze urodziny.
Jest mi strasznie głupio, że nie pamiętałam, ale na przyszłość już na pewno będę wiedziała i za rok to się nie powtórzy :c
06.02.2015 r.- to data powstania tego bloga. Nie mogę uwierzyć, że to już rok! Wytrwałam rok!
Wciąż pamiętam moich pierwszych czytelników. I wiem, że część nich wciąż tu ze mną jest. Dziękuję, że wytrwaliście ♥
Tak więc sto lat, sto lat i do przodu!

Ten rozdział dedykuję Annie Potter, która w komentarzu przypomniała nam, że 31 lipca tego roku wyjdzie 8 część "Harry'ego Pottera"! Masz rację, radujmy się! :D
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
-Hugo!
Chłopiec poczuł, że ktoś ciągnie go za rękę. Zanim się zorientował, był w pokoju swojej siostry, która zacisnęła palce na jego chudym przedramieniu.
Rozejrzał się uważnie. Był tu raz, może dwa razy. Nigdy nie pozwalała mu to wchodzić, sam z resztą się do tego nie pchał. Przerażało go to, co może tutaj znaleźć.
Wyglądało jednak na to, że to w miarę normalny pokój. Łóżko, szafka, biurko… I wtedy się obejrzał.
Ściana za nim prawie cała była obwieszona zdjęciami. Przedstawiały one głównie najróżniejsze momenty z ich życia: jedna z fotografii przedstawiała całą rodzinę Weasleyów i Potterów razem, inna tylko ich czwórkę. Zauważył roześmianą twarz Lily, gdy obejmowała Rose, Al i James przybijali sobie piątkę, targali włosy swojej młodszej siostry, która przewracała oczami.
Były też zdjęcia, które przedstawiały ich wszystkich: Hugo, Rose, Lily, Jamesa i Ala, gdy robili coś ciekawego: testowali swoje nowe miotły lub śmiali się z jakiegoś żartu. Na innych fotografiach byli natomiast zupełnie mali.
Hugo zwrócił uwagę na zdjęcie, które przedstawiało ich rodziców stojących obok wujka Harry’ego i cioci Ginny. Wyglądało na bardzo stare, byli tacy… młodzi. Czy byli już małżeństwem? Chyba nie. Fotografia obok pokazywała jego rodziców i wujka Harry’ego, gdy mieli może… 12 lat? Na kolejnym natomiast wyglądali na 16-latków.
Hugo poczuł, jakby cofnął się w czasie. Patrzył na tę feerię kolorów, podczas gdy jego siostra niecierpliwie przystępowała z nogi na nogę.
-Czy ty w ogóle mnie słuchasz?- warknęła, obracając go w swoją stronę. Wyglądała na rozwścieczoną.- Jesteś kompletnym idiotą!
Hugo naburmuszył się.
-O co ci chodzi?- zaplótł ręce na piersi.
-To, co zrobiłeś było po prostu szczytem głupoty!- krzyknęła.- Nawet nie wiesz, jak wszyscy się martwili!
-Przecież już przepraszałem! I nic mi nie jest! Wiem, że to było głupie, ale…
-Mnie nie przepraszałeś.- przerwała mu siostra wzburzonym głosem.
-A niby za co miałbym cię przepraszać?
-Ja też się martwiłam. I nigdy więcej mi tego nie rób, durniu.- oczy Rose były teraz pełne łez.
Hugo wstrzymał oddech, gdy dziewczynka powoli do niego podeszła i go objęła. Przez jej ramię spoglądał na oblepioną zdjęciami ścianę. Dopiero teraz zauważył ich wspólne zdjęcie, gdzie siedzieli razem w ogrodzie, roześmiani od ucha do ucha.
                                        ~*~
-Naprawdę wyglądacie na nieszkodliwych…- stwierdził Kishan, stając przed trójką przyjaciół i mierząc ich krytycznym wzrokiem. Wyszczerzył zęby w uśmiechu.- Ale mimo to muszę was unicestwić, tak dla zasady.
James poczuł, że Mike poruszył się obok niego.
Chłopiec powoli uniósł dłoń, w której ściskał różdżkę, na co Kishan parsknął śmiechem.
-To na nic, chłopcze. Ja już nie jestem człowiekiem.
Te słowa sprawiły, że Jamesa przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
Chłopcy usłyszeli brzęk. Wszyscy równocześnie spojrzeli w dół. To krzyże, trzy elementy, których tak wytrwale poszukiwali przez cały ten czas.
Bez większego namysłu schylili się po nie. James chwycił drewniany, natomiast Mike ostry, metalowy. Aria podpełzała do tego wysadzanego diamentami.
Młody Potter obejrzał się za siebie. Zdawało mu się, że dojrzał błysk białego futra. Uśmiechnął się pod nosem. To, że te elementy się tutaj znalazły nie może być przypadkiem. Tym bardziej, że w oczach Kishana zamajaczyła niebezpieczna iskra.
James nie miał pojęcia, skąd to wie. Ale nagle nabrał przeczucia, że powinni jakoś połączyć te krzyże.
Tak, ta myśl rozbłysła w jego umyśle i uparcie przedzierała się na wierzch jego podświadomości. Połączyć krzyże, połączyć krzyże.-  krzyczał głos w jego głowie, nie dając mu chwili wytchnienia.
-Musimy je połączyć!- wykrzyknął i ruszył w stronę Arii, która w końcu dosięgnęła swojego elementu.- Chodź, Mike.
-Ani mi się wasz!- wrzasnął histerycznie Kishan.- Zabiję ją, jeśli zrobisz jeszcze chociaż krok do przodu!
Chłopcy natychmiast się zatrzymali.
Spoglądali na Arię, która w milczeniu przeżywała swoje katusze. Wzrok miała jakby nieobecny. Nagle jej błękitne oczy zaszły mgłą… Stały się szare i zimne. Przeszywały ich na wskroś, gdy mierzyła ich nienawistnym wzrokiem. Dziewczynka nagle wstała, jakby zapomniała o bólu. Z kieszeni wyciągnęła różdżkę i przyłożyła ją do swojej szyi.
-Oddacie mi elementy, albo będzie po niej.- warknął Kishan.
Czy mieli wybór? Stało się jasne, że Kishan kontroluje Arię, tak jak to robił wcześniej. Jeden niewłaściwy ruch i dziewczynka padnie na ziemię bez życia.
Jednak oni stali w miejscu, sparaliżowani strachem. Nie mogą oddać mu elementów, bo najwyraźniej grają tu kluczową rolę. Ale już prawie stracili tego dnia swoją przyjaciółkę. Nie są gotowi, by przeżyć znów to samo.
-No, już!- powtórzył Kishan, nieco nerwowo. Uwagę Jamesa przykuło coś za jego plecami. A raczej ktoś.
Biały kot zmierzał w stronę demona powolnym krokiem, przyczajony, gotowy do ataku. Ale co może zdziałać zwykły, domowy kot?
Otóż wiele. Zwierzę zamieniło się z potulnego pupilka w wielkiego, dzikiego tygrysa, który zaryczał wściekle, rozwierając paszcze i szczerząc białe kły. Rzucił się na Kishana, niespodziewanie przewalając go na ziemię. Demon wydał z siebie zaskoczony krzyk, w jego oczach rozbłysła panika.
Było wiadome, że kot ten nie był zwykłym pupilkiem… Ale żeby umieć zaatakować demona? Chłopcy otworzyli szeroko oczy, obserwując rozgrywającą się akcję. Tygrys zacisnął pazury na ramionach Kishana, jednak nie pozostawiał żadnych obrażeń. Mimo to ofiara wrzeszczała ile sił w płucach, wierzgając nogami i kopiąc zwierzę w brzuch.
-James, Mike!- dobiegł ich cichutki głos Arii. Natychmiast do niej podbiegli, podczas gdy ta siedziała na ziemi i wyciągała ku nim krzyż wysadzany diamentami.
-Wszystko okey?- pytali chłopcy, jednak przyjaciółka pokręciła głową dając wyraźny znak, że na to nie ma czasu. Cała trójka wyciągnęła przed siebie elementy, a gdy ich czubki się spotkały, oślepiło ich białe światło.
Przez chwilę nie widzieli kompletnie nic, tylko otaczającą ich jasność. Aż nagle blask zmniejszył się, a z jego źródła wyskoczyła trójka potężnych tygrysów, która dołączyła się do ataku na Kishana.
Demon wrzeszczał, choć fizycznie nic mu się nie działo. Ten dźwięk jednak był tak okropny, że Mike zatkał uszy, by tego nie słyszeć.
-Ja… jeszcze… tu wrócę! A wtedy…
Nie zakończył, bo rozpłynął się niczym mgła w powietrzu. Trzy tygrysy czmychnęły z powrotem do światła, które zaraz potem wygasło, a czwarty zniknął za rogiem.
Trójka przyjaciół wydała z siebie westchnienie ulgi i opadła na twardą posadzkę. Wygląda na to, że pokonali Kishana.

Czy da się jednak zabić demona? Osobę, która już nie żyje?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam na mojego drugiego bloga: dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com
Oraz na aska: ask.fm/SmallMockingjay

sobota, 6 lutego 2016

101. Po drugiej stronie złotych drzwi.

Ten rozdział dedykuję Hermionie R. Dziękuję za super pozytywne i napawające optymizmem komentarze. Oby tak dalej! ♥
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hermiona nie była nawet zła. Była wściekła.
Ale zanim wylała wszelkie swoje żale, porządnie wyściskała swojego synka. Hugo czuł, że powoli braknie mu powietrza, więc wystękał:
-Już dobrze mamo… nic mi nie jest…
W tej chwili z kominka w ich salonie wyszedł wysoki mężczyzna. Hermiona pisnęła cicho i odskoczyła do tyłu. Gość wyszczerzył zęby i podał kobiecie rękę ubrudzoną w sadzy:
-Roger Dawson, dobry wieczór.
-Dobry wieczór…- Hermiona wyglądała na zdezorientowaną. Uniosła wysoko brwi, spoglądając nieufnie na mężczyznę.
-Pani musi być Hermioną Weasley?- gdy kobieta przytaknęła, dodał:- To wielki zaszczyt Panią poznać!
-Mhmm…tak.- odchrząknęła.- Mógłby mi Pan wytłumaczyć, co się właśnie dzieje?
-Ach.- Roger złapał się z roztargnieniem za głowę.- Gdzie moje maniery!? Otóż chciałem się tylko upewnić, że z Hugo wszystko w porządku.
-Pan Dawson bardzo mi pomógł!- zawołał radośnie chłopiec, ściskając dłoń swojej matki.- Gdyby nie on, wpadłbym w poważne kłopoty.
Kobieta westchnęła. Sytuacja wyraźnie ją przytłaczała. Jednego wieczoru doznała zbyt wielu uczuć: strachu, rozczarowania, zmartwienia, ulgi, zdziwienia, zaniepokojenia.
-Dobrze, Panie Dawson, niech Pan usiądzie.
Mężczyzna posłusznie usadowił się na wskazanej sofie. Pozostali zrobili to samo, a Hermiona jednym skinieniem różdżki przywołała imbryczek z herbatą, który chwiał się w powietrzu niebezpiecznie i trzy filiżanki.
Hugo nabrał powietrza i zaczął opowiadać. Co jakiś czas przerywał, by odetchnąć choć na chwilę, a potem znów trajkotał jak najęty. Jego matka słuchała tego spokojnie, oddychając głęboko. Na koniec była w stanie wydobyć z siebie tylko jedno: „aha”.
Po chwili niezręcznej ciszy w końcu wybuchła:
-Co ci strzeliło do głowy, Hugo!? Nawet nie wiesz, jak bardzo się martwiliśmy. Pozostali szukają cię teraz po całej Dolinie Godryka, twój tata zresztą na pewno już zgłosił zaginięcie w Ministerstwie Magii. A wujek Harry i ciocia Ginny czują się za to odpowiedzialni, nawet nie wiesz, jakie mają wyrzuty sumienia…
-Nie obwiniaj ich!- przerwał jej natychmiast chłopiec, po czym się zawahał. Nie lubił się przyznawać do winy. Czy miał jednak wybór?- To był mój głupi pomysł. Przepraszam.
Dawson poderwał się.
-No, to ja chyba będę się zbierał.- oznajmił, podchodząc do kominka:- Postaram się wpaść, gdy dowiem się czegoś więcej o tej mugolce i jej kominku z niewiadomych powodów podłączonym do Sieci Fiuu.
Hermiona z całych sił starała się odwzajemnić uśmiech. Powiedziała szczerze:
-Dziękuję Panu, jestem dozgonnie wdzięczna. Czy mogłabym coś dla Pana zrobić?
-Tak, bardzo mi Pan pomógł. Dziękuję.- zawtórował swojej mamie Hugo.
Roger trochę się zaczerwienił, po czym jeszcze szerzej uśmiechnął:
-W porządku, to nic takiego. Do zobaczenia!
Po tych słowach zniknął między szmaragdowymi językami ognia.
                                       ~*~
Płomienie w jednej chwili zniknęły, w pomieszczeniu zapanowała głucha cisza. Jednak James i Mike dalej stali w miejscu, czując, że coś opadło im na dno żołądka.
Co się właśnie stało?
Zobaczyli sylwetkę swojej przyjaciółki skuloną na środku pomieszczenia. Niemal równocześnie do niej podbiegli, czując, że robi im się jeszcze bardziej gorąco, niż wtedy, gdy cały pomieszczenie pochłaniały języki ognia.
Uklękli przed nią i w pierwszej chwili napięcia po prostu w nią się wpatrywali. Oddała ofiarę, by mogli przejść dalej. Ofiarę z siebie samej.
James poczuł, że coś zbiera mu się w gardle. Chciałby cokolwiek powiedzieć, ale gula w przełyku skutecznie mu to uniemożliwiała.  Do oczu podeszły mu łzy.
-Aria?- szepnął trzęsącym się głosem Mike. Chłopcy wymienili pełne rozpaczy spojrzenia. Czy właśnie stracili przyjaciółkę, swoją kompankę, najdzielniejszą dziewczynę, jaką kiedykolwiek znali?
Nagle do ich uszu dotarł cichy kaszel. To wyrwało ich z transu, ten dźwięk dobiegł ich jakby z daleka. Przez pierwszą sekundę James myślał, że się przesłyszał. Ale nie, Aria naprawdę kaszlała, czyli żyła. Nie miał pojęcia, jak to możliwe, ale nie chciał teraz o tym myśleć. Po prostu poczuł, że kamień spada mu z serca.
Dziewczyna niepewnie uniosła głowę. Twarz miała brudną w sadzy. James bez namysłu porwał ją w objęcia, co zazwyczaj wprawiało go w zakłopotanie. Ale teraz, gdy myślał, że stracił swoją przyjaciółkę, to kompletnie nie miało znaczenia. Mike po sekundzie się do nich dołączył. Trwali w ciszy, obejmując się nawzajem i klęcząc na podłodze, która jeszcze przed chwilą płonęła żywcem, zabierając Arię w swoje objęcia.
-Nigdy więcej tego nie rób.- powiedział w końcu James, czy odzyskał głos. Dziewczynka w odpowiedzi pociągnęła noskiem. Czyżby płakała?
-To było głupie…- wyszeptał Mike, głos wciąż mu drżał z przejęcia.- Takie głupie…
-Oj, cicho bądźcie…- odparła Aria, śmiejąc się cicho. Pozostali jej zawtórowali, choć zrobili to bez większego przekonania. Wciąż czuli odrętwienie i szok.- Musimy iść dalej.
James skinął głową i powoli się oderwał od przyjaciół. Wiedział, co ich teraz czeka: Kishan.
Ruszyli do złotych drzwi, oddychając płytko. Aria otrzepała sadzę z szaty, ostatni raz odkasłując.
Wrota same się przed nimi otwarły. Weszli do dużego pomieszczenia z wysokim sklepieniem. Ściany oświetlały takie same pochodnie, jak w poprzednich pomieszczeniach. Te jednak miały w sobie coś złowieszczego. Świszczały, jakby chciały ich przed czymś ostrzec. Z granatowego kamienia utworzono schody, które prowadziły na podest. Na szczycie konstrukcji stał prosty tron. Na nim natomiast ktoś siedział.
Aria natychmiast rozpoznała tą postać: chłopak, na oko 17 lat, cera zwykłej barwy, czerwone, rozbiegane, niebezpieczne oczy, czarna szata i peleryna z dobrze znanym już znakiem- przekrzywionym krzyżem.
-To Kishan…- szepnęła. Do ich uszu dotarł okropny pisk, taki sam, jak wtedy w Zakazanym Lesie. Chłopcy zatkali sobie uszy, krzywiąc się niemiłosiernie, Aria natomiast poczuła dodatkowo okropny ból w miejscu swojej blizny. Upadła na ziemię, zaciskając wargi, by nie krzyknąć.
Przeraźliwy dźwięk ucichł, jednak ból nie ustał. James i Mike spojrzeli na nią z niepokojem, jednak nie byli w stanie nic zrobić. Kishan zaśmiał się.
Jego głos brzmiał zadziwiająco zwyczajnie. Jakby był normalnym 17-latkiem.
Ale nie był. To demon.
-A więc oto Wybrani, którzy mają mnie unicestwić… Cóż… spodziewałam się czegoś więcej. Ale  mimo wszystko jestem pełen podziwu: dotarliście aż tutaj. Brawo!
Wstał, klaszcząc. Zbliżał się do nich, a James poczuł, że cały drętwieje. Słyszał swój nierówny oddech, przybliżające się ślepia Kishana hipnotyzowały go.
Aria wrzasnęła. Ból stawał się coraz gorszy.
-Pewnie wiecie, czym jestem?- Kishan zignorował rozpaczliwe jęki dziewczyny. James pragnął jej jakoś pomóc, ale wiedział, że nie może nic zrobić.
-Tak.- odparł. Jego głos brzmiał piskliwie.- Demonem.
-No właśnie.- postać zaczęła się przechadzać wokół nich. Chłopcy mieli wrażenie, że czują na karkach jego oddech.- Demonem. Co znaczy, że dopuściłem się w swoim życiu wiele złych rzeczy, tak złych, że tamten świat nie chciał mnie do siebie przyjąć. Może lepiej nie będę wam o tym opowiadał. Będziecie mieli koszmary senne, a tego bardzo bym nie chciał. - zatrzymał się, patrząc im z dzikim rozbawieniem w oczach.- Co więc zdziała trójka nieporadnych 11-latków? Nie wypędzicie mnie stąd. Hogwart to MOJA szkoła. I to ja przejmę nad nią kontrolę.
Dotknął opuszkiem palca ramienia Arii, po czym natychmiast je puścił. To wystarczyło, by dziewczynka zwinęła się w kłębek, targana spazmatycznym bólem.

No właśnie. Co zdziała trójka 11-latków?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam na mojego drugiego bloga: dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com
Oraz na aska: ask.fm/SmallMockingjay

sobota, 30 stycznia 2016

100. Finite.

Rozdział 100! Wow! Jestem taka dumna ♥
Zgodnie z obietnicą- jest dłuższy niż zwykle.
Co mogę powiedzieć? Chyba mogę tylko podziękować. Bez Was nie miałoby to sensu. Dawaliście mi motywację, która podnosiła mnie w trudnych chwilach, zwanych inaczej brakiem weny.
Czego Wam życzę? Wytrwałości w czytaniu moich dalszych wpisów. A sobie? Kolejnych 100 rozdziałów!

Rozdział 100-wyjątkowy- dedykuję Patrykowi, który bardzo mi pomógł. Moje rozdziały stały się lepsze, tylko dzięki Tobie. Jestem Ci dozgonnie wdzięczna, bo BARDZO, BARDZO mi pomogłeś, choć wiem, że sam nie zawsze miałeś na to czas. Ale mimo to zawsze poświęcałeś mi kilka chwil, by doradzić, co i jak. Dziękuję.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hugo jeszcze nigdy nie miał okazji jechać samochodem- oczywiście wiele razy widział, jak jego sąsiedzi-mugole takimi podróżowali, ale sam nie miał z tym styczności.
Z ciekawością wglądał przez okno, obserwując kolejne to mijane budynki, które rozmazywały się w kolorowe smugi. Wsłuchiwał się w miarowy warkot silnika, nie zwracając uwagi na policjantów, którzy właśnie dyskutowali, co z nim zrobią. Wszystko to było dla niego fascynujące, mógł choć na chwilę zapomnieć o strachu.
Zastanawiał się, czy jego rodzice się już zorientowali, że go nie ma. Na pewno po mnie przyjadą- powtarzał sobie, choć czuł coraz większą niepewność. A jeśli wcale im na nim nie zależy? Mają przecież jeszcze Rose, która jest pod każdym względem od niego lepsza: mądrzejsza, grzeczniejsza, która zawsze wie jak się zachować.
Nieraz czuł się zazdrosny o swoją siostrę, która w jego mniemaniu przewyższała go pod każdym względem. Nie czas było mu jednak o tym teraz myśleć, bo do jego podświadomości wdarł się warkliwy głos Barczystego:
-Jesteśmy na miejscu, wysiadaj.
Hugo posłusznie uchylił drzwi i wyszedł na zewnątrz. Poczuł zimny wiatr na swojej skórze. No tak, jest tylko w pidżamie. Musi wyglądać jak niezły czubek.
Jeszcze raz obejrzał się na samochód policjantów, który lśnił zalany blaskiem księżyca. Chciałby to kiedyś powtórzyć.
Poczuł, że na jego ramieniu niczym imadło zaciska się ręka Barczystego. Skrzywił się. Znacznie bardziej wolałby, żeby to Drobna go prowadziła.
Przemierzał białe korytarze, pachnące cytrynowym środkiem do czyszczenia i kawą. Z początku starał się zapamiętywać gdzie skręcają, ale już po chwili zupełnie się pogubił. W końcu dotarli do pokoju oznaczonego numerem 107.
Hugo zasiadł na krześle naprzeciwko Barczystego. Oddzielało ich tylko biurko. Drobna stanęła z tyłu.
Chłopiec rozejrzał się po pokoju: na biurku stał kubek z niedopitą kawą, zdjęcia przedstawiające Barczystego z kobietą i małą dziewczynką, piętrzył się też stos papierów, porozrzucanych po całym pomieszczeniu i coś, czego  Hugo nigdy nie widział: czarne urządzenie z zakręconym kablem. Na ścianie wisiało kilka brzydkich obrazów, przedstawiające niezrozumiałe bohomazy.
-Gdzie jesteśmy?
Barczysty wyglądał na zaskoczonego, ale jeszcze bardziej się naburmuszył.
-Żarty sobie robisz? Bo mi nie jest do śmiechu. A teraz powiedz mi, jak nazywają się twoi rodzice. Muszę się z nimi skontaktować i wyjaśnić tę niedorzeczną sprawę.- Barczysty prychnął z pogardą.
Coś w jego postawie, gestach i głosie sprawiło, że chłopiec nie chciał mu zaufać. Przygryzł ze zdenerwowaniem wargi.
-Hmmm…. ja… nie pamiętam….
Mężczyzna nagle się poderwał.
-Nie udawaj głupiego, chłopcze. A może ty po prostu uciekłeś z domu i myślisz, że ujdzie ci to na sucho? Otóż nie: bardzo się mylisz. A teraz lepiej gadaj, bo…
-Spokojnie…- zaczęła Drobna, lecz nagle w powietrze uniósł się przedziwny dźwięk. Był on bardzo nieprzyjemny, Hugo skrzywił się ze złością. Czy to mają być jakiegoś rodzaju tortury?
Barczysty podniósł podłużne urządzenie zakończone kręcącym się czarnym kablem, który łączył je z większym pudełkiem. Przyłożył je sobie do ucha. Hugo wytrzeszczył oczy, jednocześnie powstrzymując śmiech. Dziwne urządzenie umilkło.
-Tak?- odezwał się Barczysty. Przez chwilę młody Weasley nie miał pojęcia, do kogo on mówi. Dopiero po chwili zorientował się, że mężczyzna mówi do tego dziwnego urządzenia. Przecież to bez sensu…-Teraz nie mogę, mam…
Umilkł, przewracając z poirytowaniem oczami.
-Niech będzie. Zaraz będę.
Odłożył czarne urządzenie na miejsce, po czym odezwał się do Drobnej:
-Musimy iść, ten idiota znowu nas wzywa. Co za niedorajda. Przyślij kogoś do tego dzieciaka, może być Dawson, on pewnie jak zwykle nic nie robi.
Drzwi zatrzasnęły się za nimi z trzaskiem. Hugo milczał, odliczając kolejne to minuty samotności. Rozważał też możliwość ucieczki, jednak po niecałych dziesięciu minutach drzwi znów się otworzyły. Stanął w nich wysoki, uśmiechnięty mężczyzna, będący na oko w wieku jego ojca.
-Cześć, jestem Roger Dawson, przyszedłem z tobą porozmawiać. A ty, jak się nazywasz?
Hugo zawahał się. Czy może mu zaufać? Wygląda na to, że zna się z Barczystym. Może udaje tylko miłego?
Ale jego szeroki uśmiech wyglądał tam szczerze, że chłopiec postanowił zaryzykować:
-Hugo.
Dawson usiadł na poprzednim miejscu Barczystego. Z jego twarzy nie znikał uśmiech.
-Słyszałem, co się stało. Może chciałbyś powiedzieć mi coś więcej?
Chłopiec znów się zawahał. Już próbował być szczery, został wtedy wyśmiany.
-Ale… ale musi Pan obiecać, że nie będzie się Pan śmiać…- wyjąkał po chwili Hugo.
-Spokojnie, nie będę. Obiecuję.- uniósł rękę i przyłożył dłoń do swojego serca.
Hugo jeszcze raz opowiedział, jak to wziął w rękę garść proszku Fiuu i za pomocą kominka pojawił się w tamtym mieszkaniu. Wciąż obserwował twarz Rogera, oczekując jego reakcji. Gdy w końcu skończył, zapadło milczenie.
-Więc mówisz…- zaczął niepewnie Dawson.-… że jesteś czarodziejem?
Chłopiec skinął niepewnie głową.
-Rozumiem. Pomogę dostać się do domu.
-Pan też…?- poczuł gulę w gardle. Bardzo chciałby, żeby policjant skinął głową. On jednak się zawahał.
-Tak jakby… jestem charłakiem.- widząc niezrozumiały wraz twarzy Hugo, wyjaśnił:- Czyli że urodziłem się w czarodziejskiej rodzinie, ale nie posiadam wystarczających umiejętności magicznych. Co nie zmienia faktu, że znam się na rzeczy.- na twarz Dawsona powrócił promienisty uśmiech.
Hugo odetchnął z ulgą. Więc jednak ma do czynienia z człowiekiem, który naprawdę może mu pomóc.
-Czy może mi Pan powiedzieć, gdzie jesteśmy?
-Na posterunku policji. Policja to tak jakby… mugolscy aurorzy.
Chłopiec poczuł, że zalewa go fala gorąca. Mugolscy aurorzy? Czyli gdyby nie Roger, byłby w niezłych tarapatach.
-Ja… dziękuję.
-Nie ma sprawy. Proszek Fiuu bywa zdradliwy. Zastanawia mnie tylko, dlaczego trafiłeś do domu mugola. Przecież ich kominki nie są podłączone do sieci Fiuu… Będę musiał porozmawiać z Kings… Ministrem Magii.
-Ma Pan kontakt z Ministrem Magii?
-Tak. W zasadzie, to dla niego pracuję. Przekazuję mu informacje i nowości z komisariatu policji. No, koniec pogaduszek. Rodzice na pewno się martwią. Chodź za mną.
Znów ruszyli korytarzem, tym razem do pokoju numer 46. Ten był znacznie mniejszy od poprzedniego i śmierdziało w nim stęchlizną. Stał tam jednak kominek, który mógł być jego ratunkiem.
Dawson wyciągnął z zakurzonej szafki Proszek Fiuu.
-Pójdę z tobą, żebyś się nie zgubił.- mężczyzna uśmiechnął się porozumiewawczo.- Jak nazywają się twoi rodzice?
-Ronald i Hermiona Weasley’owie.- odpowiedział już bez zawahania Hugo. Dojrzał zdumienie na twarzy policjanta, które jednak szybko pohamował.
-A…aha. No dobrze.
Mężczyzna rzucił do kominka garść Proszku Fiuu. Płomienie natychmiast zmieniły kolor na szmaragdowy.
-Ty pierwszy. Tylko tym razem uważaj, żeby nie zakrztusić się sadzą.
Hugo niepewnie skinął głową i ruszył przed siebie, nabierając wcześniej więcej powietrza.
-Dom Weasley’ów.
Obrazy migały mu przed oczami, a on zaklinał, by tym razem się udało.
Na początku nie był pewny, czy to jest jego dom. Po chwili jednak widok przysłoniła mu burza brązowych włosów jego mamy i już wiedział, że dobrze trafił. Wydał z siebie westchnienie ulgi.
-Hugo!- zawołała Hermiona, chwytając swojego syna w objęcia.
                                            ~*~
James poczuł, że serce wyrywa mu się z piersi. Przełknął ślinę, czując, że nogi mu się trzęsą. Nagle poczuł, że może wcale nie zasługuje na to, by być nazywany Gryfonem. Gdyby rzeczywiście nim był, nie drżał by teraz ze strachu jak osika.
Spojrzał kątem oka na swoich przyjaciół. Chyba czują to samo, bo ich twarze wyrażają plątaninę najróżniejszych uczuć, które wciąż w nich kiełkują: strach, podniecenie, ciekawość…
Przed ich oczami pojawiły się brązowe drzwi. Dopiero, gdy poczuł ucisk na ręce zdał sobie sprawę, że wciąż ujmuje dłoń Arii. To dodało mu otuchy.
-Ruszajmy.- wydusił, robiąc krok naprzód. Ku jego zdumieniu, drzwi było otwarte.
Niepewnie uchylił wrota, zaglądając do środka. I nagle poczuł ucisk w głowie.
Jego najgorszy koszmar właśnie się spełnia.
Nieraz śnił mu się ten betonowy, surowy korytarz. Biegł do przodu, ale drzwi na jego końcu wciąż się oddalały. Gdy padał na ziemię ze zmęczenia, coś chwytało go od tyłu swoimi zimnymi palcami. I już nie puszczało.
-To ten korytarz… z mojego snu.
Tu pochodnie także przybrały kolor czerwony. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny.
Ruszyli biegiem do przodu, jednak srebrne drzwi wcale się nie przybliżały. Wręcz przeciwnie: oddalały. Zdawało się, że drwią z nich, coraz bardziej się zmniejszając.
Biegli jednak dalej, czując, że powoli opadają z sił.
-Stójcie!- zawołał James.- To bez sensu. Musi być jakieś inne rozwiązanie.
Spojrzeli po sobie bezradnie.
-Śmierdzi tu magią…- stwierdziła Aria.- Znacie może jakieś zaklęcie, które kończy działanie innych zaklęć?
Wlepili błagalny wzrok z Mike’a, którzy obrzucił ich poirytowanym spojrzeniem.
-No co?- mruknął, wpatrując się w swoje stopy.
-Ty jesteś najlepszy z Zaklęć!- przypomniała Aria.- Może znasz jakieś zaklęcie…?
Chłopiec ukrył twarz w dłoniach. Pozostała dwójka niemal słyszała, jak w jego głowie powoli zaczynają kręcić się poszczególne trybiki.
Minęło dobre 10 minut, przepełnione niezręczną ciszą. Czy to tak zakończy się ich wspaniała przygoda? Przecież są Wybranymi! Ich misją jest pokonanie Kishana. Muszą podołać.
Mike nagle się zerwał, wydając z siebie zduszony okrzyk. Przyjaciele spojrzeli na niego z nieskrywaną nadzieją.
-Mam!- chłopiec odchrząknął, po czym zawołał:- Finite!
Nic się nie stało.
-Czy to… już?- podjął James.
-Przekonajmy się.
Ruszyli niepewnie przed siebie. Wrota zostały na tym samym miejscu. Wydali z siebie triumfalne okrzyki, przyspieszając.
Te drzwi jednak nie chciały się otworzyć. Znikąd pojawił się melodyjny głos:
-Kto mówi we wszystkich językach świata?
Zagadka. Aby przejść dalej, trzeba na nią odpowiedzieć.
Przyjaciele spojrzeli na siebie z nieskrywanym zmęczeniem. Jednak poprzedni sukces dał im nadzieję, która była znacznie silniejsza niż strach.
Nagle jednak ściany korytarza zaczęły się przybliżać. Czas. To zagadka na czas.
Cała trójka w milczeniu wytężała swe mózgi, spoglądając niepewnie na wciąż przybliżające się ściany. Rozpraszało ich to, nie pozwalając przeanalizować na spokojnie powierzonej im zagadki.
Nawet nie zorientowali się, gdy korytarz stał się tak mały, że musieli stać ściśnięci w jednym kącie. Czy to właśnie tak zakończy się ich żywot? Zostaną zgnieceni jak robaki i już nigdy ich nie znajdzie?
Czarne myśli zalały umysł Jamesa nie pozwalając się skupić. Jak przez mgłę dotarł do niego krzyk Arii. Wcześniej, gdy rozmawiali pomieszczenie było tak wielkie, że niosło się po nim echo. To takie niedorzeczne, że jest ono teraz mniejsze niż schowek na miotły.
Nie ma echa. Nawet ono nas opuściło… echo…
-ECHO MÓWI WE WSZYSTKICH JĘZYKACH ŚWIATA!- wrzasnął rozpaczliwie James. Drzwi się uchyliły, a cala trójka rzuciła się do nich, obsesyjnie pragnąć choć trochę więcej przestrzeni.
Dyszeli ciężko. Znaleźli się w przestronnym pomieszczeniu, na środku którego stała tylko jedna pochodnia żarząca się na szkarłat. Przyjaciele ruszyli do przodu, wymijając ją nieufnie. Wlepili wzrok w złote drzwi na drugim końcu pokoju.
Nagle pochodnia opadła, podpalając podłogę z drewna. James mógłby przysiąc, że jeszcze przed chwilą była ona betonowa, tak jak ściany, które nagle także zmieniły swą postać.
Szkarłatne płomienie wypełniły całe pomieszczenie, buchając gorącem. James, Aria i Mike wycofali się do tyłu, wytrzeszczając ze strachu oczy.
-Aquamenti!- podjął Mike, jednak to na nic. Takie zaklęcia tu nie działają.
-Musi być jakieś inne rozwiązanie!
Ogień trawił napotkane na swojej drodze drewno. Rozprzestrzeniał się szybko. Zbyt szybko. Teraz otaczał ich z każdej strony. Ich umysły przysłoniła fala ciepła, paląc ich w oczy, ręce i nogi. Do nosa dotarł dokuczliwy zapach dymu, sprawiając, że zakręciło im się w głowie.
Jamesowi widok przysłoniły czarne plamy. Serce łomotało mu jak szalone, w głowie pojawił się niemy krzyk.
Nagle w powietrze wzbiło się kilka iskierek, które utworzyły wyraźny napis.

-Ofiara…- przeczytała Aria, mrużąc oczy. Zanim ktokolwiek zdołał ją powtrzymać, ruszyła przed siebie, znikając między płomieniami.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam na mojego drugiego bloga: dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com
Oraz na aska: ask.fm/SmallMockingjay

poniedziałek, 25 stycznia 2016

LBA.

Dzisiaj coś innego- LBA. (Liebster Blog Award)

,,Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”."

W zasadzie to nie wiem, który z moich blogów został nominowany, więc wstawiam to tutaj i na ten drugi. (dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com)

Dziękuję za nominację Rue Alison! ♥
No, to zaczynajmy.

1. Jak zaczęłaś swoją przygodę z pisaniem?

Z niewielkiej biblioteczki w moim salonie wygrzebałam książkę pt. "Harry Potter i Kamień Filozoficzny". Myślę sobie- "przeczytam, co mi szkodzi.". I tak to właśnie zaczęła się moja przygoda z Harrym. Ale to nie starczyło. Po przeczytanej serii sięgnęłam po ff- aż w końcu sama zaczęłam pisać swoje, bo w mojej głowie mimowolnie zaczęły pojawiać się pomysły. Podobnie było z "Igrzyskami Śmierci"- zakochałam się w tej trylogii niemal natychmiast, więc moja wyobraźnia zaczęła działać! :D

2. Co twoim zdaniem jest najtrudniejsze w pisaniu?

Gdy nie ma się weny, grr :( Czasem po prostu nie mam pomysłu, co może być dalej. Na spontanie zasiadam do komputera i zaczynam coś pisać, zupełnie nie mając pojęcia, co tak właściwie piszę :v

3. Ulubiony film?

"Zostań, jeśli kochasz"- tak, wiem, jest też książka! Zajmuje 4 miejsce w mojej liście książek do przeczytania. A film mnie zauroczył. Kocham też "Ona to on" :D

4. Masz jakieś hobby oprócz pisania?

Oczywiście! Po pierwsze- czytanie, ale to chyba logiczne. Po drugie- harcerstwo. Nie wiem, jaką osobą bym teraz była, gdyby nie to. 
Uczę się też trochę grać na gitarze, ale to nic wielkiego. Tak samo z nartami, jazdą konną... Cóż, robię duużo rzeczy w wolnym czasie :D

5. Ulubiona potrawa?

Kebab się liczy?

6. Jak masz naprawę na imię?

To chyba wiedzą już wszyscy- Zuzia, Zuzanna, Zuza, Zuzka...

7. Czy podoba ci się twoje imię? Jeśli nie to jak chciałabyś mieć na imię?
Jest ok, nawet je lubię. Ale zawsze podobały mi się imiona Lena lub Diana... A od Dagmara podoba mi się zdrobnienie Daga. Sama nie wiem czemu, tak jakoś.

Moje nominacje:
Katniss Granger
Niezgodny Kosogłos
Paulina Mellark

Pytania:
1. Gdybyś mogła znaleźć się w dowolnym książkowym świecie, jaką książkę byś wybrała?
2. Ulubiony cytat?
3. Książka, od której rozpoczęła się przygoda z czytaniem?
4. Ulubiony blog?
5. Jak myślisz, jaka książka wpłynęła na Twój charakter?
6. Ulubiony zimowy sport?
7. Gdybyś mogła całkowicie zapomnieć wydarzenia jednej z książek i przeczytać ją jeszcze raz, od nowa poznając fabułę, zrobiłabyś to? Jeśli tak, jaka byłaby to książka?
8. Najlepsza ekranizacja książki?
9. Najgorsza ekranizacja książki?
10. Najlepszy dzień w życiu?
11. Najzabawniejsze wydarzenie z dzieciństwa?

Enjoy!

sobota, 23 stycznia 2016

99. Czy to już koniec?

FEEEERIE! Warmińsko- mazurskie pozdrawia!
A kiedy zaczynają się u Was? :D

Ten rozdział dedykuję Tonks, która czytała mojego bloga już 6 razy! Wow, jestem pod wrażeniem! Dziękuję <3333

No dobra, a teraz wczujcie się w ten poważny klimat....
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Do pokoju wkroczyły 3 osoby: gospodyni i dwoje ludzi w niebieskich strojach: kobieta i mężczyzna. Ten ostatni był wysoki i barczysty, patrzył na Hugo spode łba. Jego wspólniczka natomiast była przeciwieństwem- niska i drobna, miała łagodny wyraz twarzy. Domowniczka stała z tyłu, zaciskając wargi.
Kim byli policjanci? Mama chyba coś kiedyś o nich mówiła….- myślał Hugo, jednak pomimo wszelkich wysiłków nie mógł sobie przypomnieć, czym zajmują się policjanci. Spoglądał nieufnie na mężczyznę, który powoli do niego podszedł.
-Jak się nazywasz?- rzucił oschle.
Weasley milczał.
-Chyba umiesz mówić, prawda? Jak ci na imię?- w głosie policjanta pobrzmiewało zniecierpliwienie.
-Mama zawsze powtarzała, by nie rozmawiać z nieznajomymi.
Barczysty- jak go nazwał w głowie Hugo- rzucił poirytowane spojrzenie swojej wspólniczce, która wyglądała, jakby powstrzymywała wybuch śmiechu.
-Hugo.- odezwała się gospodyni.- Powiedział mi, że nazywa się Hugo.
Chłopiec spojrzał na nią smutno. Przez chwilę naprawdę wierzył, że może jej zaufać. Sam nie wiedział czemu, ale poczuł wielkie rozczarowanie.
Barczysty uklęknął przed Hugo.
-Słuchaj, mały…- jego głos był ostry jak brzytwa, sprawiał, że chłopiec miał ochotę uciec gdzieś daleko stąd.-…nie mamy czasu na zabawy. Powiedz mi, co tutaj robisz. Może przysłali cię tu rodzice, co? Chcieli, byś coś dla nich ukradł?
Młody Weasley wytrzeszczył oczy. Nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku, gdy policjant wlepiał w niego swoje groźne spojrzenie.
-Nie musisz się nas bać…-odezwała się łagodnie Drobna.- Teraz pojedziesz z nami na komisariat, tam napijesz się czekolady i z nami porozmawiasz, dobrze?
-Nie.- Hugo pokręcił głową. Jego głos nagle stał się piskliwy. Nabrał powietrza i powtórzył:- Nigdzie z wami nie jadę. Sam wrócę do domu.
-Mam dosyć!- wrzasnął Barczysty, podnosząc się gwałtownie. Zwrócił się do Drobnej:- Nie ma sensu się z nim pieprzyć, skoro nie chce gadać. Znam sposób, który zmusi go do gadania.
-Naprawdę nie sądzę, by…- Drobna nie mogła dokończyć swojej wypowiedzi, bo niebieski właśnie uniósł chłopca do góry i postawił na ziemi. Nogi lekko się pod nim ugięły.
-Pójdziesz z nami.- warknął.- Koniec zabawy w miłego policjanta.
                                                                                               ~*~
Mike’owi niemal brakło tchu, gdy wpadł do Wieży Gryffindoru. Spodziewał się, że jego przyjaciele będą już dawno w łóżkach- oni jednak siedzieli przed kominkiem, wpatrując się w żarzące się węgielki i śmiejąc z czegoś po cichu.
-Och, Mike!- zawołał radośnie James, gdy zauważył zmachanego chłopca. Uśmiech nie schodził mu z twarzy.- Jesteś! Nie spaliśmy, bo nie wiedzieliśmy, co z tobą. Już myśleliśmy, że wpadłeś w jakieś tarapaty. Wiesz, Aria pomyślała, że…
-To nie ważne!- wybuchnął Mike, uciszając Pottera. Adrenalina buzowała mu w żyłach, nie miał czasu na pogawędki.- Trzeci element!
Wyciągną go z kieszeni szaty. James i Aria nagle stali się śmiertelnie poważni.
Pierwszy element był ze starego drewna. Drugi wysadzany drogocennymi diamentami. Trzeci natomiast z metalu ostrego jak brzytwa- z palców Mike’a sączyła się ciemna krew, zdążył się już zranić. Nie zwracał jednak na to uwagi. Jego myśli były splątane i chłopiec nie potrafił rozluźnić tych węzłów.
-Ale… jak?- wykrztusiła po dłuższej chwili Aria.
-Znikający schodek.
W oczach Gryfonów pojawiło się zrozumienie.
W tej chwili zza fotela wyłonił się biały kot, na stoliku obok pojawiły się pozostałe dwa elementy, które musiały magicznie się tu przeteleportować. Aria chwyciła ten, który znalazła na drzewie- wysadzany diamentami. James ujął ten, który znalazł w Pokoju Życzeń- ze starego drewna. Mike dzierżył ten, który przed chwilą znalazł w schodku- pułapce. Cała trójka od razu wiedziała, co robić- w milczeniu podążała za białym stworzeniem.
Wiedzieli, że to już koniec ich przygody. Że tej nocy wszystko się rozstrzygnie. Krew buzowała im w żyłach, w głowach narodził się krzyk- co będzie ich czekało na końcu? Sam Kishan?
Czy powrócą żywi?
Aria chwyciła Jamesa za rękę, drugą dłonią splotła swoje palce z palcami Mike’a. Ich serca biły teraz w tym samym rytmie. Bez słów przekazywali sobie to wszystko, co chcieliby w tej chwili powiedzieć. Strach jednak zabrał im kompletnie głos, sprawił, że stracili umiejętność racjonalnego myślenia.
Wiedzieli, gdzie prowadzi ich kot-widmo. Tam, gdzie tak naprawdę dowiedzieli się, że są Wybranymi. Biblioteka. Pomyśleć, że uczniowie zbierają się tam codziennie, zupełnie nieświadomi tego, co czeka za ścianą. Ta absurdalna myśl sprawiła, że James zapragnął wybuchnąć nerwowym śmiechem.
Podeszli do regału stojącego na drugim końcu pomieszczenia pod ścianą. Rozsunął się, ukazując schody wiodące na dół. James pamiętał, że gdy pierwszy raz nimi schodził miał wrażenie, że trwa to całą wieczność. Teraz jednak zrozumiał, co to znaczy dłużąca się droga- do tego przytłaczała go myśl, że to może być już koniec.
Weź się w garść.- pomyślał.- Jesteś Gryfonem…
Zacisnął palce na dłoni przyjaciółki.
Wreszcie doszli do pomieszczenia, które tak samo jak wcześniej było oświetlone zielonymi pochodniami. Przed nimi rozciągała się ściana z trzema wcięciami w ścianie- na trzy elementy.
Podeszli bliżej, wpatrując się w nią. Za sobą usłyszeli niski, męski głos. Jakie to dziwne, że kot przemawia tylko w tym miejscu.
-To już czas. Zróbcie to teraz.
Trójka Gryfonów obróciła się powoli.
-Co nas czeka, gdy już to zrobimy?- wykrztusił James.
-On. Będzie na was czekał.
-A… zostaniesz z nami?- Aria przygryzła ze zdenerwowaniem wargę.
-Nie mogę.
Skinęli głowami i z powrotem obrócili się w stronę ściany. Jako pierwszy swój element we wgłębieniu umieścił James. W jego ślady już po chwili poszła Aria.

W chwili, gdy Mike włożył swój element, kot rozpłynął się w powietrzu niczym mgła. Pochodnie zmieniły kolor na czerwony.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam na mojego drugiego bloga: dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com
Oraz na aska: ask.fm/SmallMockingjay