sobota, 10 października 2015

84. Nowa siła.

Prośba do wszystkich Anonimków- podpisujcie się, żebym wiedziała komu dedykować rozdziały :)

 Ten rozdział dedykuję Kindze Lesner- dziękuję za wszystkie komentarze i za to, że mnie czytasz :))

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Al kręcił się niespokojnie po swoim pokoju. Podsłuchana rozmowa wciąż kołatała mu po  głowie.
O Potężnym Kishanie wiedział już od świąt. Obiecał jednak swojemu bratu, że nikomu o tym nie opowie. I obietnicy dotrzyma. Bo pomimo tego, że często sobie dokuczali i spierali się ze sobą, to łączyła ich braterska więź, której Al nie byłby w stanie zerwać.
Zastanawiał się, czy nie napisać do swojego brata i ostrzec go przed tym, że rodzice już wiedzą.
To dziwne-  ostrzegać Jamesa przed ich własnymi rodzicami. Czuł się jednak zobowiązany, by to zrobić.
Z drugiej strony  czuł się z tym źle.. To normalne, że mama i tata się niepokoją. Mogliby mu pomóc. Przecież nie tylko oni martwią się o Jamesa. Ale jego brat, Mike i Aria to Wybrani. To ich misja, którą muszą spełnić.
Chłopiec spojrzał na zegarek: 1:30. Na Brodę Merlina! Musi szybko podjąć decyzję zanim będzie za późno. Poza tym powinien już dawno spać. Pewnie długo nad tym wszystkim rozmyślał.
Pomimo  moralnego dylematu w ostateczności chwycił pióro i butelkę atramentu. Z szuflady wyjął lekko pożółkły pergamin i zaczął pisać list.
                                                ***
Aria ruszyła korytarzem do gabinetu dyrektora. Profesor McGonagall wypowiedziała hasło (lukrowany tort) i po chwili obie znalazły się w jego wnętrzu. Nauczycielka zajęła miejsce za biurkiem, Gryfonka natomiast naprzeciwko niej. Spodziewała się sporych konsekwencji. Nie miała sił  na jakiekolwiek kłótnie, zwłaszcza z dyrektorką szkoły, postanowiła więc pokornie przyjąć karę.
-Powiedz mi dziewczyno, co się z Tobą dzieje.- powiedziała cicho i powoli profesor McGonagall zaciskając usta.
-Nic.- wymamrotała Aria, wpatrując się w czubki swoich butów.
-Aha, nic.- powtórzyła dyrektorka.-Jesteś tego pewna?
-Tak.
Zapadła chwila ciszy. Dziewczyna wciąż nie podnosiła oczu, czuła jednak na sobie wzrok nauczycielki.
-Ostatnio stałaś się jakaś cicha, nie jesteś sobą. I co miał znaczyć ten nagły przypływ agresji?
Aria wciąż milczała. Nie miała nic do powiedzenia. Sama nie znała odpowiedzi na to pytanie.
-Powiedz mi, co się dzieje.- kontynuowała  McGonagall.
Nauczycielka nie miała pojęcia, jak bardzo Aria chciałaby jej to wszystko opowiedzieć. Ale przecież nie może.
A gdyby jednak to zrobić? Przecież dyrektorka chce jej tylko pomóc, razem coś na pewno wymyślą.
Po chwili jednak dziewczyna stanowczo odrzuciła te myśli. Co się z nią dzieje? Nie jest sobą. Dlaczego tak łatwo dała się  Kishanowi? Przecież to zupełnie nie w jej stylu.
Dopiero teraz podniosła wzrok, krzyżując spojrzenia z profesor McGonagall. I wtedy coś w niej pękło. Jak to możliwe, że nagle stała się strachliwą dziewczynką? Nie, nie może się poddać. Kishan z nią nie wygra.
Wzięła więc głęboki oddech i odpowiedziała hardo:
-Nic nie mam pani do powiedzenia. Ostatnio mało śpię, do tego dostałam O z eliksirów. A te Ślizgońskie klony działają mi na nerwy i  nie mogłam się powstrzymać. Niech wymierzy mi pani już karę, bo chciałabym wrócić do dormitorium.
Po tym wywodzie Aria spodziewała się, że nauczycielka zdenerwuje się  się na nią. Oczekiwała wybuchu złości, jednak na twarzy dyrektorki ujrzała… satysfakcję? Ulgę? Czy to możliwe?
-Przez cały tydzień wieczorami będziesz pomagała profesorowi Hagridowi.- oznajmiła spokojnie profesor McGonagall.

 James i Mike czekali w pokoju wspólnym Gryfonów na swoją przyjaciółkę. Zajęli ich ulubione miejsca przy kominku, niespokojnie przebierając nogami. Spodziewali się, że dziewczyna wróci przygnębiona i zmęczona. Aria natomiast kroczyła przez pokój sprężystym krokiem z lekkim uśmiechem błąkającym się po twarzy. Usiadła obok chłopaków i oznajmiła:
-Przez cały tydzień, wieczorami, Hagrid.
-To chyba nie tak źle, prawda?- ucieszył się James.
-No nie wiem. Ostatni raz ze szlabanu u Hagrida wróciłam z poharataną nogą.
Chłopcy zaśmiali się cicho, zdziwieni nagłą poprawą humoru ich przyjaciółki. Ale byli z tego powodu szczęśliwi- wróciła  dawna Aria.
-Wiecie co?- kontynuowała młoda Gryfonka.- Postanowiłam, że nie dam się tak łatwo temu całemu Kishanowi. Nie boję się go.- nagle podniosła głos, rozglądając się po całym pokoju.- SŁYSYSZ? NIE BOJĘ SIĘ CIEBIE!
Obecni w pokoju Gryfoni spojrzeli podejrzliwie na dziewczynę, która poczuła przypływ sił. Jej umysł przepełnił optymizm- co z tego, że są wybranymi? Razem dadzą radę!
                                                     ***
Tego dnia lekcja Historii Magii ciągnęła się w nieskończoność. Profesor Binns swoim monotonnym głosem czytał o wojnach między goblinami ze wcześniej przygotowanej kartki. James już dawno przestał uważać- Mike chyba też, bo patrzył w daleką przestrzeń od  dawna nie mrugając. Aria natomiast dzielnie próbowała nie zasnąć. Znów nie spała całą noc. Dręczyły ją koszmary. A ten nudny wykład wzmagał tylko chęć odpłynięcia w krainę snów.
James zaczął poważnie rozważać możliwość drzemki, gdy nagle ktoś podniósł rękę. Nauczyciel tego nie zauważył. Był to Puchon o pulchnej twarzy i wielkich, brązowych oczach. Po chwili zniecierpliwiony uczeń odchrząknął. Zdezorientowany profesor Binns urwał swój monolog i spojrzał z rozkojarzeniem na klasę.
-Jak się nazywasz?- zwrócił się do owego Puchona.
-Nick Harvey.
-Słucham, Panie Hrovay.
-Harvey, sir. Czy mógłby pan nam opowiedzieć legendę o Potężnym Kishanie?
James wybałuszył oczy, nie wierząc własnym uszom. Mike chyba zachłysnął się własną śliną, sądząc po cichym kaszleniu dobiegającym z prawej strony młodego Pottera. Aria natomiast zupełnie się rozbudziła- nasłuchiwała, czujna. Wszyscy uczniowie nagle jakby wyrwali się z transu. Profesor Binns jednak ostudził ich zapał:
-Wszystko przeczytacie w bibliotece. Wystarczy poszukać. A teraz wrócimy do tematu lekcji…
James przez resztę lekcji zadawał sobie tylko jedno pytanie: Jak? Jak to możliwe, że tamten Puchon dowiedział się o Kishanie?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Zapraszam na mojego drugiego bloga: dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com

sobota, 3 października 2015

83. Rozczarowanie Profesora Slughorna.

Ten rozdział dedykuję naszej niecierpliwej Lili potter. :)
Dziękuję za wszelkie miłe słowa i komentarze.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Al przewrócił się na plecy, wlepiając beznamiętnie wzrok w sufit. Powinien już dawno spać, jednak coś powodowało, że nie mógł. Może to przez tę straszną historię, którą opowiedziała mu Rosie.
Westchnął, zrzucając nogi z łóżka i nakładając kapcie. Musi coś ze sobą zrobić, może szklanka soku z dyni  rozwiąże jego problem.
Zdawało mu się, że słyszy głosy dobiegające z salonu. Im bliżej był schodów, tym wyraźniejsze się one zdawały. Wzdrygnął się na samą myśl o ciemnych mocach czyhających na niego za rogiem. Potem jednak pomyślał racjonalnie i zdał sobie sprawę, że to głos jego własnego ojca… Tak, byli tam też mama, ciocia Hermiona i wujek Ron. Ciekawość wygrała i postanowił ruszyć w stronę źródła hałasu. Najciszej jak tylko mógł zaczął schodzić po schodach ku dołowi. Zwinnie ominął skrzypiący stopień i przyległ do ściany, nasłuchując.
-Myślisz… że oni są tymi wybranymi?- głos Rona był pełen strachu. Al znał ten ton- głos jego rudego wujka brzmiał identycznie, gdy widział pająka. Zazwyczaj był on jednak radosnym i uśmiechniętym człowiekiem, zawsze rzucił jakimś kiepskim żartem.
-Sam nie wiem.- odpowiedział Harry.- Na to wygląda…
-Oh, przecież to takie niebezpieczne!- wykrzyknęła zduszonym głosem Hermiona.- Może powinni wrócić do domów?
-Nie.- zaprotestowała twardo Ginny.- To niczego nie rozwiąże. Przecież… wy się nie poddawaliście, gdy musieliście stawiać czoła samemu Voldemortowi. Założę się, że oni także nie odpuszczą.
-Więc to popierasz?- ciocia Hermiona była wyraźnie zdenerwowana.
-Nie, jasne, że nie. Ale sama pomyśl- czy ty uciekłabyś w takiej sytuacji?
-Oczywiście, że nie.- oburzyła się kobieta.
-Właśnie. Znam Jamesa i wiem, że on też by tego nie zrobił, bez względu na to, co mu powiemy.
                                                ***
Do Hogwartu przybyli aurorzy. Teoretycznie ich obecność powinna załagodzić sytuację- ale stało się wręcz na odwrót. Spowodowała ona jeszcze większą panikę. Najmłodsi zbili się w liczne grupki, najstarsi natomiast dumnie kroczyli korytarzem, gotowi zaatakować zło czające się za rogiem.
Aria cierpiała na bezsenność. Wciąż nawiedzały ją koszmary pełne przekrzywionych krzyży i białych kotów. Chodziła z podkrążonymi oczami, starając się normalnie funkcjonować.
Oczywiście, Chris i Nelly Hopkins, pierwszoroczniacy ze Slytherinu skrzętnie to wykorzystywali. Aria ma bardzo twardy charakter, ale tym razem nie miała sił, by im się ogryźć, więc Mike i James dzielnie ją zastępowali. Chłopcy często mieli ochotę rzucić jakimś zaklęciem, by w końcu się uciszyli. Powstrzymywał ich jednak karcący wzrok przyjaciółki.

Tego dnia cała trójka jadła śniadanie w ciszy, pogrążona w rozmyślaniach. Do Wielkiej Sali, jak każdego ranka, wleciały sowy z pocztą. Jedna z nich zaczęła zgrabnie lawirować nad głową Arii. Dziewczyna obojętnie wbiła w nią wzrok, od niechcenia przyjmując list. Rozwinęła pergamin i już po chwili odrzuciła go na bok. Widząc zaciekawione spojrzenia swoich przyjaciół wyjaśniła:
-To od Diany. Nawet nie chce mi się tego czytać.
Diana to o rok młodsza siostra Arii, określana jako natrętna nudziara.
-Nawet mi jej trochę żal.- powiedziała smutno Aria, ku wielkiemu zdziwieniu Mike’a i Jamesa.- Ona nie wie… - tu zniżyła głoś do szeptu.-…o złej przeszłości moich rodziców. Dlatego jest ich pupilkiem i „tą lepszą córką”. Gdyby się dowiedziała na pewno zmieniłaby o nich zdanie. Ale ja nie zamierzam wyprowadzać jej z tego błędu.
Po tych słowach dziewczyna jeszcze raz się zawahała, po czym ostatecznie znów wzięła kawałek pergaminu do ręki. Z nieskrywaną niechęcią przeczytała jego zawartość. Spojrzała błagalnym wzrokiem na Mike’a i spytała:
-Czy mógłbyś coś z tym zrobić…?
Mike, jako specjalista od zaklęć, szybko wymamrotał pod nosem zaklęcie, celując różdżką w list, który natychmiast spłonął.

Lekcja eliksirów. Każdy z uczniów wylewał z siebie siódme poty, byleby jego eliksir zyskał chociaż ocenę N.
-Iiiii… uwaga, koniec czasu!- zawołał dziarsko profesor Slughorn. Wielu uczniów wydało z siebie jęk zawodu. Nauczyciel zaczął przechadzać się między ławkami, zaglądając  z zaciekawieniem do kociołków. W końcu dotarł do stanowiska Arii, Mike’a i Jamesa. Pochylił się nad pracą Mike’a, przyglądając się jej uważnie. Powąchał błękitny dym unoszący się w powietrzu i wydał werdykt:
-Niech będzie… Zadowalający.
Chłopiec odetchnął z ulgą. James pokazał mu uniesiony kciuk, szybko jednak poważniejąc, gdy nauczyciel dotarł do jego eliksiru. Profesor powtórzył poprzednie czynności i powiedział krótko:
-Zadowalający.
James wypuścił powietrze, patrząc z niepokojem na Arię. Jej włosy były napuszone, a mina pełna niepewności. Slughorn, przyzwyczajony do tego, że dziewczyna jest wręcz świetna z eliksirów, uśmiechał się teraz pogodnie. Cała trójka jednak wiedziała, że z próby uwarzenia tego eliksiru nie wyszło nic dobrego- Aria ostatnio jest zbyt roztargniona. Profesor pewnie pochylił się nad kociołkiem, mina mu jednak natychmiast zrzedła. Wyprostował się, po czym wymamrotał, jakby sam niedowierzał:
-Przykro mi, Aria. Okropny.
Dziewczyna zwiesiła głowę, prawdopodobnie przeklinając w myślach samą siebie. Chłopcy spojrzeli na nią ze współczuciem, pakując książki do toreb. Lekcja się skończyła.
Cała trójka ruszyła ramię w ramię korytarzem, milcząc. Aria, w stanie krańcowego załamania wpatrywała się w swoje buty. To, co się działo ,było ponad jej siłę- chciałaby komuś o tym powiedzieć, ale przecież nie może. Zbyt dużo ostatnio się działo. Nie jest w stanie zapanować nad własną psychiką.
Z rozmyślań wyrwał ją kpiący głos Nelly:
-Hej, Hastings! Jak to się stało, że w końcu zawiodłaś swojego kochanego profesora Slughorna?!
-Ignorujcie ją.- odezwał się natychmiast James, sam jednak kipiał ze złości. Wiedział, że to nie jest odpowiedni moment na kłótnie.
Aria jednak wciąż zachowywała swój stan nirwany, spokojnie wodząc przed siebie wzrokiem.
-No cóż, nasza Aria chyba w końcu zwariowała!- dołączył się Chris.- Chociaż w sumie to nic nowego. Od samego początku wiedziałem, że coś jest z nią nie tak! Ale gdy ten cały Kishan ją zaatakował ewidentnie jej się pogorszyło… Może powinna trafić na terapię do Świętego Munga?
Po tych słowach dziewczyna nie wytrzymała i niespodziewanie zawróciła, naskakując niczym lwica na Chrisa. Zupełnie zapominając o różdżce podbiła Ślizgonowi oko. Jego siostra zaczęła histerycznie wrzeszczeć:
-NA POMOC! RATUNKU! WARIAAATKA!
Natychmiast znikąd pojawiła się wzburzona profesor McGonagall. Jednym machnięciem różdżki oddaliła od siebie Chrisa i Arię, rzucając im karcące spojrzenia.
-Dziękujemy za jakże wspaniały pokaz mugolskiej walki!- wybuchnęła nauczycielka.- Slytherin i Gryffindor tracą po 15 punktów!
-Ale…- zaczął Chris, jednak profesor McGonagall natychmiast mu przerwała:
-Nie obchodzi mnie, co masz mi do powiedzenia, Hopkins! Idź lepiej do skrzydła szpitalnego. A ty, Hastings, za mną, do gabinetu.
Widząc, że Mike i James natychmiast ruszają w ich stronę, dodała:

-A wy, Potter i Montgomery zostańcie tutaj. Muszę porozmawiać z panną Hastings w cztery oczy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam na mojego drugiego bloga: dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com
                                                                                  

piątek, 25 września 2015

82. Opowieść Arii.

Jak już wiecie- rozdział jest dzisiaj, bo nie ma mnie przez cały weekend i nie będę miała dostępu do internetu... No cóż, możecie życzyć mi powodzenia. Muszę stawić czoła pewnemu wyzwaniu! :)

Ten rozdział dedykuję Aleksandrze Skiba z Facebooka, która jest jedną z najaktywniejszych Facebookowiczów :)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Harry pochylał się nad stosem pergaminów w Ministerstwie Magii. Tego dnia miał naprawdę dużo pracy. Oczy mu się kleiły, nie spał całą noc. Marzył o powrocie do domu.
Usłyszał natarczywe pukanie do drzwi. Przetarł zaspane oczy, wyprostował się i odchrząknął. Najbardziej oficjalnym tonem, na jaki było go dzisiaj stać, zawołał:
-Proszę!
Do gabinetu wpadła Hermiona, taszcząc w dłoniach ogromną księgę. Wypuścił powietrze, powracając do swojej rozluźnionej pozy.
-Och, cześć Hermiono…
Kobieta jednym machnięciem różdżki zatrzasnęła drzwi. Harry podskoczył na krześle.
-Błagam, jestem dzisiaj…
-Wysłałam Ci aż trzy wiadomości! Nie sądzisz, że wypadałoby odpowiedzieć!?- wybuchnęła Hermiona, rzucając przyjacielowi oskarżycielskie spojrzenie.
-Masz racje, przepraszam…- mruknął Harry.- Po prostu miałem dużo pracy i zupełnie o nich zapomniałem…
-Nie przeczytałeś ich?- kobieta z rezygnacją opuściła starą, grubą księgę na biurko Harry’ego. Niepozorny mebel ugiął się pod jej ciężarem, a w powietrze wzleciały kłęby kurzu.
Mężczyzna, kaszląc i kręcąc głową wskazał palcem na sufit. Hermiona podniosła wzrok i zobaczyła trzy samolociki latające nad czarną czupryną mężczyzny.
-Wybacz, miałem je odczytać…
-Och, nie ważne!- kobieta wyraźnie się niecierpliwiła.- Pamiętasz jak opowiadałeś mi o tym znaku? Tym dziwnym krzyżu?- Harry pokiwał głową, jednak ona nawet nie zwróciła na to uwagi.- No właśnie!
I bez dalszych wyjaśnień zaczęła wertować księgę, którą ze sobą przyniosła. Harry nie zadawał żadnych pytań- to było bardzo w stylu Hermiony.
Wreszcie odnalazła stronę sześćset czterdzieści siedem. Mężczyzna z wysiłkiem przeczytał niewyraźny nagłówek.
-Legenda… o… Potężnym… Kifanie?
-Kishanie.- poprawiła go natychmiast przyjaciółka.- Przeczytaj.
W miarę jak Harry czytał legendę coraz bardziej się rozbudzał. Wreszcie zapomniał o zmęczeniu i spojrzał z niepokojem na Hermionę.
-Czy ty myślisz, że…?
-Tak, Harry. Właśnie o tym myślę. Te ataki to sprawka Kishana.
                                             ***
Tego dnia znów doszło do ataku. James, Aria i Mike siedzieli wraz z innymi Gryfonami w Pokoju Wspólnym, spokojnie odrabiając swoje prace domowe. James właśnie kończył pierwszą stopę wypracowania na Zielarstwo, gdy usłyszał cichy jęk. Podniósł wzrok znad pergaminu i zobaczył, że Aria wbija się głębiej w swój fotel, kurczowo trzymając się lewego nadgarstka i zaciskając usta. Wtem ktoś krzyknął- była to Lucy, którą najwyraźniej także rozbolała blizna. Tylko, że ona nie umiała tak dobrze nad tym panować jak Aria. Nie była po prostu tak silna.
Jak się okazało tym razem ucierpiał Krukon z czwartej klasy. To cichy chłopak, który nigdy się nie wychylał i siedział z nosem w książkach.
I tak oto ucierpiały już cztery osoby: dwie Gryfonki- Lucy i Aria, jeden Ślizgon i Krukon. Było jasne, że przyszedł czas na Puchonów, więc Ci zaczęli poruszać się w zbitych grupkach po korytarzu.
Chociaż James nie był co do tego do końca przekonany. Kishan zaatakuje każdego kto mu podpadnie: nie ważne, czy to Puchon, Krukon, Ślizgon, czy też Gryfon.
                                      ***
Aria poczuła chłód pod stopami. Dziwne. Przecież kładła się spać pod ciepłą pierzynę. Usłyszała czyjeś głosy, poczuła, że trzyma coś w dłoni…
Czym prędzej się ocknęła, wściekła na samą siebie. Znów poddała się Kishanowi. Stała teraz tak przed gabinetem jednego z nauczycieli, trzymając przed sobą wyciągniętą różdżkę.
I do tego była w piżamie.
Już miała wracać, gdy usłyszała, że rozmówcy podnoszą głosy. Wsłuchała się i rozpoznała nauczycieli: profesor McGonagall i Harris.
-Edwardzie, nie możemy tego dłużej ciągnąć! Tego już za wiele!
-Przecież jutro przybędą tu aurorzy, Potter już wyznaczył kompanię, która…
-Świetnie! Do prawdy, Edwardzie, czy naprawdę sądzisz, że aurorzy zapewnią nam nietykalność?
-Musimy im zaufać, Minerwo…
-A jak wyjaśnisz rodzicom uczniów, że wracają ze szkoły z jakimiś dziwnymi znakami na nadgarstkach? Czy sądzisz, że to normalne?
Chwila ciszy.
-Nic nie możemy na to poradzić…- odezwał się w końcu Harris.
-Ależ możemy!- przerwała mu stanowczo profesor McGonagall.- Musimy zamknąć szkołę.
Aria poczuła jak nogi uginają się pod jej ciężarem. Złapała ze świstem powietrza i chwiejnym krokiem ruszyła w stronę Wieży Gryffindoru. Z czasem jej chód zmienił się w trucht.
NIE MOGĄ ZAMKNĄĆ HOGWARTU- tylko tam myśl kołatała jej się po głowie.

James i Mike zauważyli, że tego dnia Aria ich omijała. Wciąż wymyślała nowe wymówki, żeby nie przebywać z nimi. Nie wdawała się w żadne rozmowy i była nieobecna duchem.
Po zajęciach chłopcy zdołali ją złapać, gdy siedziała w fotelu przed kominkiem w Pokoju Wspólnym Gryfonów. Niby patrzyła w pergamin, jednak jej oczy były wbite w jeden punkt. Zauważyli, że intensywnie o czymś rozmyśla.
-Hej, o czym tak myślisz?- zagadał wesoło Mike, gdy się do niej dosiedli. Dziewczyna podniosła swój nieprzytomny wzrok, a przez jej twarz przeszedł cień paniki. Następnie uśmiechnęła się lekko i odpowiedziała:
-Nie wiem co napisać. Beznadziejne te wypracowanie na Zielarstwo. James, musisz pogadać ze swoim wujkiem.- zażartowała.
-Wypracowanie z Zielarstwa napisaliśmy wszyscy razem wczoraj, pamiętasz?- zapytał cicho James.
Nie odpowiedziała. Zaczęła nerwowo wodzić wzrokiem po pustym pergaminie. Mike przejął inicjatywę:
-Co się dzieje?
-Nic.
-Przecież widzimy.
-Nie prawda.
-Prawda.
-Nie.
-Tak!
Westchnęła, odrzuciła pergamin i spojrzała na nich błagalnym wzrokiem.
-Błagam, nie pomyślcie sobie o mnie czegoś złego. To nie moja wina.
Chłopcy wymienili zdziwione spojrzenia, po czym zgodnie odpowiedzieli:
-Jasne.
-Pamiętacie, jak mówiłam, że moja mama była w Ravneclawie, a tata w Hufflepuffie? Co to tego pierwszego się zgadza, ale skłamałam w kwestii ojca. Należał do Slytherinu. I tego samego oczekiwali ode mnie. Nawet się zakładali, do którego z tych domów trafię. A ja ich zawiodłam. Trafiłam do Gryffindoru…
James nie miał pojęcia do czego to zmierza, lecz kiwnął głową na znak, że rozumie.
-Byli niezadowoleni. Ale to już nie chodzi o to, że oczekiwali czegoś innego. Chodzi o to, że… niegdyś moi rodzice wspierali Lorda Voldemorta.
Ta informacja wstrząsnęła Mikem i Jamesem, jednak żaden z nich nic nie powiedział. Pozwolili Arii dokończyć.
-Nie byli śmierciożercami- ale popierali inicjatywę Voldemorta, choć się do tego nie przyznawali. Nie chcieli mugolaków.- James nie mógł się powstrzymać i kątem oka spojrzał na swojego przyjaciela, ten jednak zachował kamienną twarz.- Gdy się o tym dowiedziałam byłam wściekła. Tym bardziej, że tak bardzo podziwiam Harry’ego Pottera. Od zawsze chciałam do Gryffindoru, ale oni stanowczo mi tego odradzali. Dlaczego? Dlatego, że Gryfoni zawsze stawiali opór Voldemortowi. Próbowałam robić im na złość- raz na przykład zaprzyjaźniłam się z mugolskim dzieckiem z sąsiedztwa. Jednak miarka się przebrała, gdy dowiedzieli się, że zostałam Gryfonką. Nie zaakceptowali tego, a ja jestem z tego dumna. Tegoroczne święta spędziłam z babcią. A teraz… chcą zamknąć Hogwart, bo dochodzi do kolejnych ataków. A to oznaczałoby powrót do mojej przeklętej rodzinki.
Przez chwile panowała pełna napięcia cisza. W końcu Mike powiedział:

-No dobra, od teraz żadnych tajemnic.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam na mojego drugiego bloga: dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com

sobota, 19 września 2015

81. "To Kishan...".

UWAGA!
Kolejny rozdział dodam w piątek 25, bądź w niedzielę 27. Na pewno nie w sobotę 26.
Powód? W piątek 25 wyjeżdżam na obóz harcerski, wracam w niedzielę 27. Nie będę miała internetu, więc rozdział wstawię przed wyjazdem lub już po powrocie :)

Ten rozdział dedykuję Magdalenie Trebskiej, która była jedną z moich pierwszych czytelniczek. 
Dziękuję, że przy mnie trwałaś, gdy mój blog o wiele mniej popularny niż teraz :)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hermiona była w Ministerstwie Magii. Marszczyła czoło, pochylając się nad długą listą. Wypisała tam wszystkie rzeczy, które organizacja W.E.S.Z powinna zmienić.
W.E.S.Z rosła w siłę. Kobieta znalazła już wielu zwolenników jej organizacji, tak więc zdziałali już naprawdę dużo. Wciąż jednak nie było idealnie- Hermiona nie chciała tylko polepszyć warunków do pracy Skrzatom Domowym. Teraz pragnęła zapewnić komfort do życia wszystkim magicznym stworzeniom.
Machnęła różdżką i pergamin zwinął się w zgrabny rulonik. Popatrzyła na niego z satysfakcją, chwyciła go, zabrała filiżankę herbaty i wyszła na zewnątrz, pogrążona we własnych myślach. Nawet nie zorientowała się kiedy na kogoś wpadła, rozlewając przy tym całą zawartość kubka. Przeklęła się w myślach i spojrzała na swoją ofiarę. Odetchnęła z ulgą. To Harry.
Nie zmieniło to jednak faktu, że zrobiło jej się strasznie głupio, zwłaszcza, że zalała mu jakieś papiery. Mężczyzna spojrzał na nią roztargniony, chyba też jej wcześniej nie zauważył.
-Ojej, Harry, przepraszam!- zawołała z miną winowajcy Hermiona, po czym wzięła się za osuszanie szaty swojego przyjaciela. Wciąż powtarzała „przepraszam” lub „naprawdę cię nie zauważyłam”, on natomiast: „nic się nie stało, naprawdę…”, „Hermiono, przysięgam, że sam potrafię wysuszyć sobie szatę…”.
Następnie zabrała się za przemoknięte dokumenty. Po chwili zorientowała się, że to jeszcze nie włożone w koperty listy.
-A co to takiego?- zapytała, podając Harry’emu zgrabny plik pergaminów.
-Listy do moich pracowników. Wysyłam ich do Hogwartu. Myślę, że szybciej będzie powysyłać im sowy niż odwiedzać każdego z nich.
-Po co wysyłasz ich do Hogwartu?- Hermiona zrobiła zdziwioną minę, po czym zwęziła oczy. Harry zawahał się chwilę, a potem nachylił się do niej i zaczął mówić szeptem. Kobieta musiała podejść bliżej, by cokolwiek usłyszeć.
-Teddy mi powiedział. McGongall wszystko maskuje, by nie budzić paniki. W szkole dochodzi do napaści. Atakują przypadkowe, niewinne osoby. Nie wiem kto za tym stoi, nie wiem nawet czy to aby na pewno człowiek. Ale ofiarom zostaje blizna na nadgarstku. Taki krzywy krzyż…
Hermiona nabrała głośno powietrza.
-Ja… muszę… iść…- wymamrotała z obłędem w oczach. Czym prędzej obróciła się i pobiegła z powrotem do swojego gabinetu. Zatrzasnęła drzwi i szybko podeszła do regału. Gorączkowo szukała odpowiedniej książki, aż w końcu znalazła. Trzęsącymi się rękoma wyciągnęła ją i zaczęła czym prędzej wertować, zaginając przez nieostrożność rogi. Aż w końcu znalazła ten znak. Krzywy krzyż. Na górze widniał nagłówek: „Legenda o Potężnym Kishanie”.
                                                   ***
-GRYFFINDOR! GRYFFINDOR! DO BOJU, GRYFFINDOR!- takie wrzaski słyszał Teddy, gdy wracał do zamku. Były dziwnie stłumione, jakby dochodziły do niego z oddali.
Całą noc nie spał. Jakby w amoku dotarł wczoraj do Wieży Gryffindoru, gdy wracał z Zakazanego Lasu.  Ku jego zdumieniu brama była otwarta. Z drogi powrotnej pamięta tylko to, że prawie złapał go Filch.
Na meczu quidditcha, Gryfoni przeciw Krukonom, też był dziwnie nieobecny. Tak naprawdę przez przypadek złapał znicz. Szukający Ravenclawu tak wyrwał do przodu, gdy zobaczył znicza, że pchnął Teddy’ego do przodu. Chłopak nie zdążył złapać równowagi i runął w dół, całe szczęście z niezbyt wysoka. Poczuł napięcie panujące na całym boisku, więc uniósł prawą dłoń, by pokazać, że nic mu nie jest. A wtedy dobiegły go rozdzierające wrzaski triumfu. W pierwszej chwili Teddy pomyślał, że po prostu uczniowie cieszą się z tego, że jest cały i zdrowy. Po chwili jednak usłyszał gwizdek pani Hooch i zdał sobie sprawę, że w jego prawej dłoni trzepocze złoty znicz.
Nawet teraz dalej ściskał go w pięści.
Dużo myślał o swoich rodzicach. Był tak szczęśliwy, że mógł ich spotkać, a jednocześnie wściekły i smutny, że nie może ich mieć na co dzień.
Jednak gdy teraz tak szedł, otoczony rozradowanym tłumem klepiącym go co rusz po plecach, zdał sobie sprawę, że jest naprawdę szczęśliwy. Traktuje Weasley’ów jak prawdziwą rodzinę. Co prawda, Harry jest jego ojcem chrzestnym, co nie zmienia jednak faktu, że w żyłach Teddy’ego nie płynie krew Potterów ani Weasley’ów. Nie zmienia to jednak faktu, że zawdzięcza im wszystko co najlepsze.
I poznał swoich rodziców. Teraz już wie, że to byli naprawdę wspaniali ludzie. Nie ma pojęcia, gdzie konkretnie znajduje się Kamień Wskrzeszenia. Ale może to i lepiej, że zostawił go tam, w Lesie. Bardzo możliwe, że gdyby go zatrzymał popadłby w obłęd z tęsknoty za rodzicami.
-Hej, Teddy!- poczuł, że ręka Victorie zaciska się na jego ramieniu.- Co ty taki dzisiaj zamyślony?- i nie czekając na odpowiedź, dodała:- Byłeś świetny. Jesteś wspaniałym szukającym!- i ucałowała go w policzek.

Tego poranka James wstał wcześniej. Wczoraj do późna świętowali wygraną Gryffindoru, aż nie odwiedziła ich Profesor McGonagall, więc nie zdążył zrobić pracy domowej. A było jej mnóstwo: wypracowanie z Eliksirów, esej z Obrony Przed Czarną Magią, opis roślin leczniczych na Zielarstwo,  ćwiczenie zaklęć na Transmutację…
Aria i Mike zrobili to już dawno, więc zdziwił się, gdy zobaczył swoją przyjaciółkę w Pokoju Wspólnym Gryfonów. Miała czerwone i napuchnięte oczy, jakby nie spała całą noc, a do tego była niezwykle zamyślona. Spojrzał na nią podejrzliwie i usiadł w swoim ulubionym fotelu przy kominku, naprzeciwko niej.
-Aria? Co tutaj robisz?
Omotała go nieobecnym wzrokiem.
-Och, James. Cześć. Ja tak sobie… po prostu ćwiczyłam zaklęcia…
Wyciągnęła zza pleców swoją różdżkę na dowód. James posłał jej pełne niedowierzania spojrzenie.
-Błagam cię, nie potrafisz kłamać.
Dziewczyna westchnęła i przygryzła nerwowo wargę. Ostatecznie zebrała się w sobie i powiedziała:
-To Kishan. Znowu przejął nade mną kontrolę.
James wytrzeszczył oczy.
-Naprawdę?
Aria rzuciła mu pełne wyrzutów spojrzenie.
-Tak, naprawdę. Gdy odzyskałam świadomość byłam w gabinecie profesora Longbottoma, który przysnął nad pracami domowymi. Celowałam w niego różdżką.- jej głos nagle stał się pełen paniki.- Tylko nie wiem, co ja tak naprawdę zamierzałam zrobić! Po prostu go unieszkodliwić czy zabić!?
-Spokojnie…-chłopak nie miał pojęcia jak się zachować.- Przecież nic się nie stało…
-Jeszcze! Czy ty naprawdę nie rozumiesz?!- dziewczyna podniosła niespodziewanie głos.- Przecież on zbiera małą armię. W legendzie było napisane, że kiedyś chciał przejąć kontrolę nad Hogwartem. A jeśli znów do tego zmierza poprzez wymordowanie wszystkich nauczycieli?

James spojrzał na nią z przerażeniem. A jeśli ma rację?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam na mojego drugiego bloga: dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com



sobota, 12 września 2015

80. We are happy.

Ten rozdział dedykuję Córce Mądrości, która skomentowała prawie wszystkie moje rozdziały. Komentarze były krótkie, aczkolwiek treściwe- dziękuję  :)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dudley,
Nie wiem skąd masz te wszystkie informacje- ale są prawdziwe. Mieszkam w Dolinie Godryka razem z żoną i dziećmi.
Co tu więcej mówić- żyje mi się dobrze. Jestem szefem biura aurorów- choć mogę się założyć, że nie wiesz kto to taki. W każdym razie- dobrze płacą.
Jestem w głębokim szoku- jak to nie utrzymujesz kontaktu ze swoimi ukochanymi rodzicami!? Musiało stać się coś złego. W porządku, możemy się spotkać. Chcę wiedzieć, co jest grane.
Przesyłam list sową, bo nie wysyłam listów mugolską pocztą. Jeśli chcesz, możesz wysłać odpowiedź właśnie nią.
Harry.
                         ***

Teddy zamrugał kilka razy, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Czuł się nieswojo trzymając w dłoni jeden z Insygniów Śmierci. Obrócił kamień kilka razy, uważnie mu się przyglądając. Zauważył, że przez znak Czarnej Różdżki biegnie pęknięcie.
Nie miał jednak czasu, by się nad tym zastanowić, bo usłyszał dziwny dźwięk. Badawczo rozejrzał się wokół i wtedy ich zobaczył.
Jego rodzice. Stali przed nim. Nie byli materialnymi postaciami, ale nie byli też duchami. Po prostu wyglądali jak istoty nie z tego świata. Mimo wyblakłych barw zauważył, że włosy jego mamy są koloru gumy balonowej. Jego czupryna natychmiast przybrała taki sam odcień.
Łzy wzruszenia i szczęścia cisnęły mu się na oczy, ale nie potrafił ruszyć się z miejsca. Poczuł, jakby nogi wrosły mu w podłoże. Był w szoku, miał wrażenie, że to tylko kolejny sen i zaraz się obudzi w swoim dormitorium, by przygotować się do meczu quidditcha.
Ale to nie sen. To jawa.
Nimfadora wyciągnęła przed siebie rękę, jakby chciała dotknąć swojego syna. To wystarczyło, by chłopak znów poczuł siłę w nogach. Podbiegł do rodziców i także wyciągnął swoje ręce, ale to niestety było na nic. Nie da się dotknąć ducha.
Cofnął się o krok, przyglądając się twarzom swoich rodziców. Są inni niż na zdjęciach. Jakby młodsi, szczęśliwsi.
-Cześć, Teddy.- powiedział Remus. 16-letni chłopak nie mógł wydusić z siebie słowa. Po raz pierwszy usłyszał głos swojego ojca.- Dobrze cię widzieć, synu.
Jego matka uśmiechała się przez łzy. Chłopiec zdobył się na to, by powiedzieć:
-Was też.
Przez te wszystkie lata układał sobie w głowie przemowy na wypadek gdyby miał okazje ich spotkać. Wiedział, że to nie możliwe, lecz mimo to wciąż żywił nadzieję.  I oto się stało- stoją przed nim jego rodzice, a on jakby zapomniał języka.
-Tak nam przykro…-szeptała Dora.- Tak nam przykro, że nas przy tobie nie ma. Wyrosłeś na pięknego mężczyznę. Ale musisz nas zrozumieć… W bitwie o Hogwart zginęło wielu ludzi… i nam też się nie poszczęściło…
-Tak, wiem.- Teddy mówił równie cicho.
-Zginęliśmy w słusznej sprawie, choć naprawdę chcielibyśmy być tu, z tobą.- Lupin uważnie przyglądał się twarzy swojego syna.- I wierzymy, że nie żywisz do nas urazy.
-Nie… Oczywiście, że nie. Jestem dumny, że mam takich rodziców.- młody Gryfon uśmiechnął się lekko.
Z początku panowało między nimi napięcie. Chłopak nie miał pojęcia o czym miałby mówić, więc po prostu słuchał. Potem jednak zaczął opowiadać o swojej zmarłej babci, Hogwarcie, chrzestnym i innych przyziemnych sprawach- tak jakby rozmawiał z żywymi istotami.
Kompletnie stracił rachubę czasu, ale zdawało mu się, że te chwile przemijają zbyt szybko.
-Musimy wracać.- Lunatyk spojrzał z troską na swojego syna. Teddy poczuł dominujący smutek. Znał powieść o trzech braciach.- Pamiętaj, że zawsze z tobą będziemy synu. Choć ty nas nie będziesz widział.
Dora uśmiechnęła się delikatnie. Chłopiec spojrzał ostatni raz na swoich rodziców i rozprostował zaciśniętą wcześniej pięść. Kamień Wskrzeszenia zniknął w gąszczu Zakazanego Lasu. A Teddy nie zamierzał go więcej szukać.

Zdawało się, że idą już tak całą wieczność. Poruszają się zwartym szykiem, ot trójka 11-latków podążająca przez las za białym zwierzęciem.
Większość uczniów już dawno straciłoby nadzieję, ale oni wiedzieli, że mogą ufać widmo-kotu. Przecież już nieraz im pomagał, choć nie miało to najmniejszego sensu.
Trzęśli się z zimna. Chłodne powietrze przeszywało ich na wskroś powodując nieprzyjemne dreszcze i gęsią skórkę. W zdrętwiałych dłoniach trzymali pozapalane różdżki, choć nie było to do końca potrzebne. Ich przewodnik emitował srebrną poświatą, która niestety nie dawała ciepła
Nagle zwierzę odwróciło się w ich stronę, po raz ostatni rzucając im hipnotyzujące spojrzenie błękitnych oczu. A następnie rozpłynął się niczym mgła.
-Gdzieś tutaj…-wyszeptał James, szczękając zębami. Styczniowe powietrze dawało w kość, cienka warstwa śniegu skrzypiała pod ich stopami.
Młody Potter podszedł do pierwszego drzewa i włożył rękę w wydrążoną w nim dziurę. Pod palcami poczuł tylko szorstką korę. Spróbował zacisnąć na niej palce, ale były zbyt zdrętwiałe.
-Incendio!- usłyszał za sobą głośny szept. Obrócił się i zobaczył, że Mike trzyma w dłoni zapalaną pochodnię. Najwyraźniej znalazł gałąź i ją podpalił.
-Zwariowałeś?- zdenerwował się James.- Podpalisz cały las.
-Panuję nad tym.- mruknął chłopiec.- A teraz chodźcie tu, ogrzejemy te zbolałe palce.
Nie musiał dwa razy powtarzać. Po 15 minutach cała trójka wróciła do poszukiwań. Czas nieubłagalnie mijał, a oni wciąż krążyli bez sensu. Jamesowi zdawało się, że przeszukał to samo drzewo już piąty raz. Właśnie miał na głos wyrazić swoją dezaprobatę, gdy Aria zawołała:
-Spójrzcie! Chodźcie tu, szybko!
Chłopcy natychmiast do niej podbiegli. Brunetka przyświecała różdżką na pień drzewa, na którym zobaczyli wydrążony znak. To był krzyż z przekrzywioną poziomą linią.
Poczuli nagły przypływ ulgi. To musi być to miejsce.
-W tym drzewie nie ma żadnej dziupli…- wymamrotał Mike, okrążając drzewo po raz trzeci.
-A może musimy się na nie wspiąć?- zaproponowała Aria. Jej przyjaciele spojrzeli na nią z przerażeniem. To drzewo jest naprawdę wysokie, a do tego ich palce znów niebezpiecznie poczerwieniały.
-To chyba nie jest…- zaczął James, lecz dziewczyna machnęła ręką:
-Daj spokój. Nic prostszego.
A następnie ze zwinnością kota zaczęła się piąć do góry, kurczowo łapiąc się gałęzi.
Po 10 minutach obaj chłopcy zaczęli się niepokoić.
-Aria…!?- zawołał nieśmiało Mike, odpowiedział mu natomiast stłumiony okrzyk. Po 2 minutach dziewczyna stała już na dole, trzymając zdobyć w dłoni.
-MAM!- zawołała, uśmiechając się triumfalnie.- Był nieźle ukryty, dziupla była strasznie głęboka, nie mogłam dosięgnąć.
James przyjrzał się elementowi. Krzyż z przekrzywioną poziomą linią. Ten w porównaniu do pierwszej części był znacznie ładniejszy. Tamten drewniany i powyszczerbiany. Ten natomiast- srebrny, obsadzony pięknymi i zapewne drogocennymi kamieniami.

W tej chwili pojawił się także ich kot- przewodnik. Droga powrotna zdawała się znacznie krótsza, a może to poczucie triumfu dodało im sił. Magiczne stworzenie uchyliło im bramę, którą na pewno wcześniej zamykał Filch. James długo zastanawiał się, jak udało im się dojść do wieży Gryffindoru bez zarobienia szlabanu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam na mojego drugiego bloga: dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com


sobota, 5 września 2015

79. Misja: Zakazany Las.

Ten rozdział dedykuję mojej stałej czytelniczce: Lily :)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Był to zwyczajny poranek w Dolinie Godryka. Prawie cały śnieg za oknem stopniał tworząc nieprzyjemną chlapę. Lily i Al siedzieli na górze i rozmawiali. Ostatnio spędzają ze sobą bardzo dużo czasu. To świetnie, że się dogadują, ale Ginny miała dziwne przeczucie, że coś kombinują.
Rudowłosa kobieta z gracją machała różdżką, nakazując zapiekance z ziemniaków, mięsa i makaronu wlecieć do piekarnika. Uśmiechnęła się pod nosem. Z upływem lat nabierała coraz większej wprawy.
Usłyszała, że drzwi wejściowe się otwierają. Spojrzała na zegarek. Wskazówka „Harry” przesunęła się na  „Dom”.  Poczuła, że przepełnia ją radość. Lubiła, gdy jej mąż wracał wcześniej z pracy.
Po chwili Harry wszedł do kuchni, trzymając w dłoni białą kopertę. Ucałował swoją żonę na powitanie, wciąż nie spuszczając wzroku z listu.
-Nereida to przyniosła?- zapytała Ginny, zdejmując swój kuchenny fartuch.
-Nie…- odparł zamyślony Harry.
-W takim razie Fuksja?- zapytała zdawkowym głosem rudowłosa, siadając na kanapie obok swojego męża.
-Też nie… On leżał… Na wycieraczce... Czy wiesz, co to oznacza?
Uniosła brwi, wzruszając ramionami. Pierwszy raz spotykała się z tak niecodzienną rzeczą, jak list pozostawiony na wycieraczce.
-Przysłał to mugol.- oznajmił w końcu Harry.- Listonosze zostawiają przesyłki mugoli na wycieraczkach.
-Listo…nosze?- Ginny wpatrywała się w niego niezrozumiałym wzrokiem.
-Mugolskie sowy.- wyjaśnił niecierpliwie mężczyzna.- Tylko, że to ludzie.
-Bez sensu…- zamyśliła się kobieta.
Harry nie potrafił opanować ciekawości i rozerwał kopertę zaadresowaną do niego. Wyjął list, rozłożył go, po czym zaczął wodzić wzrokiem po lekko koślawych literkach:
Harry,
Na sam początek chciałbym złożyć spóźnione życzenia Tobie i Twojej rodzinie. Wesołych Świąt Bożego Narodzenia i Szczęśliwego Nowego Roku!
Wiem, że nie utrzymywaliśmy kontaktu przez te wszystkie lata, pomimo tego, że rozstaliśmy się w pokoju- musisz mnie jednak zrozumieć- w moim życiu działo się naprawdę wiele. Nie zdołam wszystkiego opisać w liście. Jest tego za wiele. Mam nadzieję, że będę miał okazję opowiedzieć Ci to osobiście.
nie utrzymuję kontaktu z rodzicami, chociaż mamusia wciąż przysyła mi czekoladowe jajka na Wielkanoc… Tatuś jest wściekły. Nie chce mnie widzieć. Ale jak już pisałem- to długa historia. Kiedyś Ci ją opowiem.
W każdym razie- jestem szczęśliwy. A Ty? Wiem, że założyłeś rodzinę. Nie pytaj się, skąd mam te informacje… Ani skąd mam Twój adres. Wszystkiego dowiesz się z czasem…
Daj znać, co u Ciebie.
Dudley. (Mr. Wielki De).
-Na gacie Merlina…- wyszeptał Harry.- Ja chyba śnię…
                                      ***
Tego dnia Teddy nie mógł się na niczym skupić. W głowie wciąż kołatała mu się jedna myśl.
Podsłuchał rozmowę Jamesa, Arii i Mike’a. Obmyślili plan, jak dostać się do Zakazanego Lasu. Szczerze mówiąc, Teddy nie miał zielonego pojęcia, po co oni w ogóle tam idą. Wiedział natomiast, co to oznacza- kłopoty.
Mimo wszystko postanowił iść za nimi. Mówili coś, że ma to związek z tymi atakami… Ciekawość wygrała. Musiał wiedzieć, co kombinują. Zwłaszcza, że McGonagall rozważa możliwość zamknięcia szkoły. Jako prefekt miał dostęp do tej informacji.
Ich plan był dosyć pokręcony. Postanowili, jak gdyby nigdy nic, odwiedzić wieczorem Hagrida. Jednak, gdy się ściemni ruszą prosto do Lasu, mówiąc półolbrzymowi, że wracają do zamku. Tam znajdą to, czego szukają.
Teddy wciąż jednak nie mógł pojąć, jak wrócą do szkoły. Przecież brama będzie zamknięta. Mówili coś, że biały kot im pomoże… Jaki biały kot?  O co chodzi?

Był wieczór. James, Aria i Mike szli przodem, nie zauważywszy, że ktoś za nimi idzie. Weszli do chatki gajowego, podczas gdy Teddy skrył się w cieniu jednego z większych drzew. Jego włosy przybrały biały kolor. Czuł niepewność. Wolałby zostać w dormitorium, zwłaszcza, że jutro jest mecz quidditcha- Gryffindor vs. Ravenclaw. Nie może tego zawalić.
Ciekawość jednak wygrała.

James miał wrażenie, że czas ciągnie się nieskończenie. Uwielbiał herbatki u Hagrida, ale dziś był to tylko pretekst. Co chwila nerwowo spoglądał w stronę okna. Gdy na dworze zapanował zmrok oznajmił, odkładając pusty już kubek:
-Robi się ciemno. Chyba powinniśmy wracać, Filch zaraz zamknie bramę.
-Och, tak, macie rację…- wymamrotał z roztargnieniem Hagrid.- Cholibka, ale to czas szybko płynie przy dobrej zabawie…
Upewnili się, że gajowy już ich nie obserwuje. Droga wolna. Weszli do Zakazanego Lasu zgięci wpół. Natychmiast spowił ich mrok. Wszystko wydawało się tu jakby ciemniejsze i groźniejsze. Nic nie było takie, jakie się wydawało za dnia.
Szli w rzędzie, James z przodu, Aria na końcu. Nie mieli konkretnego celu. Wierzyli, że biały kot znów ich uratuje. Wkrótce przecież się pojawi…
Stracili rachubę czasu. Ile już tak wędrują? Ciemność zdawała się gęstnieć z minuty na minutę. Zaczynali tracić wszelką nadzieję. Teraz najmniejszy szmer przyprawiał całą trójką o dreszcze. James cały czas miał wrażenie, że ktoś lub coś go obserwuje. Na samą tą myśl poczuł gęsią skórkę.
Za sobą usłyszeli trzask. Dźwięk łamanej gałęzi. Szyk zgodnie podskoczył. Obrócili się, wyciągając przed siebie różdżki. Wszędzie ciemność. Nic więcej.
Aria ruszyła powoli w tamtą stronę, co zdaniem Jamesa było niesamowicie odważne, a jednocześnie bardzo głupie.
-Aria...!- syknął, nachylając się do przodu.- Wracaj…!
Nie zareagowała. Nagle Mike wydał z siebie zduszony okrzyk. Wskazywał palcem miejsce między dwoma cienkimi drzewami. Biały kot.
Cała trójka poczuła nagły przypływ nadziei i ulgi. Tak, jakby biały kot był czymś w rodzaju ich anioła stróża. Bez wahania za nim ruszyli.

Teddy poczuł, że krew gotuje mu się w żyłach. A może zamarzła?
Jego włosy przybrały czarną barwę. Był po prostu przerażony. Stanął na gałąź. Usłyszeli go. A teraz Aria idzie w jego stronę.
-Aria…!- usłyszał głos Pottera.- Wracaj…!
Nie reaguje. Na brodę Merlina, dlaczego go nie słucha!?
Wtedy Mike wydał z siebie dziwny dźwięk. Cała trójka westchnęła zgodnie. Teddy znalazł w sobie tyle odwagi, by wyjrzeć zza grubego pniaka, za którym się ukrył. Szli za czymś, Mike wciąż wskazywał to samo miejsce palcem. Przecież tam nic nie ma… To nie ma najmniejszego sensu…
Postanowił dalej ich śledzić. Powoli wstawał, podpierając się ręką, w którą coś mu się wbiło. Syknął. To kamień. Podniósł go z zamiarem ciśnięcia go w gęstwinę drzew. Przyjrzał mu się jednak uważniej.
Widniał na nim znak… Znał go… Tylko skąd…?
Trójkąt z pionową linią i kółkiem w środku… Insygnia Śmierci.

Teddy wstrzymał oddech. Czyżby to był… Kamień Wskrzeszenia?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam na mojego drugiego bloga: dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com


sobota, 29 sierpnia 2015

78. Gumowe ucho.

Ten rozdział dedykuję Alicji Lenc, która jest aktywna zarówno na blogu Potterowskim, jak i Igrzyskowym. Dziękuję za wszystkie komentarze, które dodają mi otuchy i chęci. :)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
-Gdzie Hermiona i Ron?- spytała Ginny, nerwowo przygryzając wargę.
-Jak zwykle się spóźniają…- mruknął z dezaprobatą Harry.
Dzisiaj do domu Potterów miała przyjechać Luna, wraz ze swoim mężem, Rolfem Scamanderem i ich dziećmi- Lysonderem i Lorcanem.  To bliźniacy, mają po 7 lat.
Harry i Ginny, podobnie jak Weasleyowie mieli już okazję poznać Rolfa.
Wcześniej myśleli, że Luna jest lekko zbzikowana. Jak się okazało, jej mąż jest pięć razy dziwniejszy. Nie mieli pojęcia, co nowego tym razem wymyślą Scamanderowie.
Al i Lily wymieniali szeptem jakieś uwagi. Bardzo lubili ciocię Lunę, jednak obawiali się jej odwiedzin. Często kończyło się to źle. Kiedyś Alowi wymsknęło się, że Akwawirusy nie istnieją. Przez pół godziny musiał wysłuchiwać, że się myli, a Lysonder i Lorcan wyglądali na śmiertelnie urażonych.
Usłyszeli miarowe pukanie do drzwi. Harry wziął głęboki oddech i przybrał pogodny wyraz twarzy.
Luna miała na sobie swój słynny naszyjnik z kapsli po Piwie Kremowym. Swoje kolczyki z rzodkiewek najwyraźniej zostawiła w domu. Nałożyła żółtą, zwiewną sukienkę.
Rolf ubrał się w garnitur takiego samego koloru co strój jego żony. Na nosie miał Widmokulary.
Za nimi stali Lysonder i Lorcan, ubrani tak samo- żółte koszulki z krótkim rękawem i spodenki do kolan. Jeden z bliźniaków nie miał butów. Obaj dzierżyli w dłoniach najnowsze numery „Żonglera”.
Wszyscy zaczęli się witać, ściskać i nawoływać. Ginny właśnie podawała rękę Rolfowi, gdy ten zbliżył się do jej ucha i wyszeptał:
-Pełno tu Gnębiwtrysków. Widzę to. Wyczuwam złą aurę.
Rudowłosa posłała znaczące spojrzenie swojemu mężowi, po czym zaprosiła gości do salonu. Lily wraz z bliźniakami poszli na górę. Al sam nie wiedział, czy woli zostać tutaj, czy pójść w ślady swojej siostry. Zdecydował się iść za nią i już ruszył w stronę schodów, gdy Luna zawołała:
-Hej, Al! Jak ja Cię dawno nie widziałam.
Zawrócił i szczerząc zęby zajął miejsce obok swojego ojca.
Z początku rozmowa toczyła się normalnie, było naprawdę miło. Harry trochę opowiedział o swojej pracy, Ginny o swojej, przekazali też pozdrowienia od Jamesa. Wtedy Rolf oznajmił:
-Ja i Luna jesteśmy redaktorami „Żonglera”, jak pewnie wiecie. Czy czytaliście nasz najnowszy numer, opowiadający o Narglach?
-Te stworzenia są niesamowite.- wtrąciła Luna.- Na dobre zasiedliły się w naszym ogrodzie. Czy wiecie…?
Nie dokończyła. Do salonu wpadł Ron, za nim dreptała Hermiona. Przywitali się z gośćmi, rzucając przepraszające spojrzenia w stronę Potterów. Weasleyowie skutecznie odwrócili uwagę Scamanderów. Ginny zapytała, zmieniając temat:
-Może się czegoś napijecie?
Usłyszeli dziewczęcy pisk. Wszyscy z niepokojem unieśli głowy do góry, patrząc w sufit, jakby szukali tam odpowiedzi na niezadane pytanie. Tylko Rolf i Luna zachowali stoicki spokój, wciąż wpatrując się w twarze swoich przyjaciół.
Al znalazł pretekst, by się wyrwać.
-Pójdę zobaczyć, co się stało.
Energicznie poderwał się z kanapy i pobiegł na górę. Wpadł do pokoju swojej siostry, rozglądając się z roztargnieniem.
Lysonder i Lorcan stanęli po obuch stronach Lily, ciągnąc za jej rude włosy. Dziewczynka miała już łzy w oczach, ale dzielnie je hamowała, zaciskając usta, by nie krzyknąć.
-Hej, zostawcie ją!- krzyknął wzburzony Al.- Przestańcie!
Złapał jednego z braci w pasie i bez problemu go odciągnął. Drugi natychmiast puścił włosy Lily, patrząc na jej brata ze zdenerwowaniem.
-Powiedziała, że Chrapaki Krętorogie nie istnieją! Powiedziała tak!
-Ależ oczywiście, że istnieją.- odparł spokojnie Al.- Nawet widzieliśmy jednego.
Oczy bliźniaków powiększyły się do rozmiarów spodków.
-Naprawdę? Są bardzo, ale to bardzo rzadkie i żyją w ukryciu.
-Taak…- mruknął z zakłopotaniem młody Potter.- Mieliśmy duże szczęście.
                                      ***
-Nienawidzę Transmutacji.- stwierdziła Aria, gdy razem z przyjaciółmi wracała do Wieży Gryffindoru.
-Ja też.- zawtórował jej Mike.
-I ja.- dołączył się James. Na dzisiejszej lekcji musieli transmutować wodę w rum. Udało się to tylko Spencer Houck. Rozgoryczona Profesor McGonagall zadała im tonę pracy domowej.
Nagle Aria przystanęła, zostając w tyle. Zdezorientowani chłopcy popatrzyli na nią przez ramię. Ich przyjaciółka gwałtownie chwyciła się za lewy nadgarstek, tam, gdzie widniała jej blizna w kształcie przekrzywionego krzyża. Wydała z siebie zduszony okrzyk, zaciskając oczy i usta. James i Mike natychmiast zawrócili. Młody Potter złapał ją za ramię i spytał:
-Wszystko w porządku?
Otworzyła oczy i popatrzyła na niego wzrokiem mówiącym: jak-widzisz-nic-nie-jest-w-porządku.
Po chwili uspokoiła się, wciąż jednak dyszała ciężko. Zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć, usłyszeli hałasy dochodzące z piętra niżej. Natychmiast udali się w to miejsce.
Zobaczyli tam grupkę uczniów, składającą się głównie z Ślizgonów z 5 klasy. Przybiegli nauczyciele z profesor McGonagall na czele. James już wiedział, co się stało.
Na podłodze leżał Ślizgon, prawdopodobnie z 5 klasy. Potter nie znał go osobiście, lecz z widzenia. Nawet nie wiedział, jak ma na imię. Był blady i trochę siny. Oczy miał szeroko otwarte, patrzył na nich  pustym wzrokiem. Na jego lewym nadgarstku zebrało się sporo krwi. Wypływała z rany, która przedstawiała ten sam krzyż z przekrzywioną poziomą linią. Taki sam, jaki mają Aria i Lucy.

Teddy zdał sobie sprawę, że w Wieży Gryffindoru zrobiło się strasznie cicho. Gdzie są wszyscy?- to pytanie kołatało mu się po głowie, gdy schodził po schodach do Pokoju Wspólnego. Nagle portret Grubej Damy rozsunął się i do środka weszli James, Aria i Mike. Teddy odetchnął z ulgą. Już miał do nich wybiec, gdy usłyszał o czym rozmawiają.
-Kolejny atak…- szeptał gorączkowo Mike, chodząc w tą i z powrotem po pokoju.- Jak myślicie, dlaczego on?
-Myślę, że to przypadek.- stwierdził James.- Pewnie był sam na korytarzu i… stało się. Aria, dlaczego wtedy chwyciłaś się za tę swoją bliznę? Czy… Ty coś poczułaś?
-Chyba tak…- Aria zawahała się.- Spójrzcie, jest bardziej wyrazista niż zwykle. Zaczęła mnie strasznie piec…
-Czy Lucy czuła to samo, gdy Ciebie zaatakowano?
-Nie wiem. Nie rozmawiamy o tym.- Aria pokręciła głową. Znów się zawahała. Potem wzięła głęboki oddech i zaczęła:- Chłopaki, muszę Wam o czymś powiedzieć.
Spojrzeli na nią pytająco.
-Od kiedy zostałam zaatakowana czuję się jakoś dziwnie…- chłopcy unieśli brwi, więc doprecyzowała:- Jak w transie. Czasem robię to, czego nie chcę robić, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Na przykład, raz w nocy znalazłam się na korytarzu przed portretem Grubej Damy, a jestem pewna, że nie wychodziłam z dormitorium. Miewam też dziwne napady bólu. To mnie… kontroluje.
Wytrzeszczyli oczy. Teddy poczuł gulę w gardle. Nie mógł przełknąć śliny, a nagle zaschło mu w gardle.
-Dlaczego nam nie powiedziałaś?- zdenerwował się James.- Przecież teraz znamy odpowiedź na nurtujące nas pytanie: Kishan nie chce nas zabić, on chce… wykorzystać. Dlatego nikt nie zginął.
-Mogłaś nam powiedzieć…- mruknął Mike z dezaprobatą.
Nagle Aria wybuchnęła płaczem. A był to niecodzienny widok. Zazwyczaj była silną i dzielną dziewczyną, nieraz mężniejszą niż niejeden chłopak. Teddy nie mógł uwierzyć własnym oczom. James i Mike poczuli się zakłopotani. Wymienili bezradne spojrzenia. Nie wiedzieli, jak mają się zachować. Pierwszy raz zobaczyli jak ich przyjaciółka szlocha.
W końcu podeszli bliżej, a James położył jej rękę na ramieniu.
-W porządku. Wszystko będzie dobrze. Nic się nie stało, serio…
-Właśnie.- dopowiedział Mike.- Razem damy radę.
-Musimy wymyśleć plan działania. Trzeba znaleźć drugi element.- Aria otarła łzy i przybrała stanowczy wyraz twarzy.
Teddy zmarszczył czoło, przysłuchując się uważnie:

- O czym oni mówią?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam na mojego drugiego bloga: dalsze-losy-nieszczesliwych-kochankow.blogspot.com