sobota, 14 marca 2015

33. Na pomoc.



Harry spojrzał przerażony na Ginny.
-C-co?
Kobieta zaczęła cicho szlochać.
-No... Ja usłyszałam krzyk... I nie ma Teddy'ego.
Mężczyzna jednym machnięciem różdżki przywołał ubrania i pelerynę- niewidkę.
-Co robisz?- zapytała, gdy Harry bez słowa zaczął się ubierać.
-Chcesz go tak zostawić? W rękach śmierciożerców?
-Harry! Nie możesz!- Ginny podbiegła i objęła go w pasie, jakby chciała go zatrzymać.- Powiadommy Aurorów...
-Waston się nie mnie wścieknie! On nie może nic wiedzieć.- powiedział stanowczo.- Ani Ron i Hermiona... Będą chcieli mi pomóc, nie chcę ich narażać... W ogóle nikt nie może wiedzieć, jasne?
Ginny przełknęła łzy i kiwnęła głową. Była roztrzęsiona.
-Pójdę z Tobą...
-Nie ma mowy.
Ginny spodziewała się tej odpowiedzi. Przecież teraz nosi pod sercem ich dziecko... A ciąża jest już zaawansowana.
Przytuliła się do męża, a ten spojrzał w jej brązowe, zaszklone oczy.
Zielonookie spojrzenie męża jakby ją trochę uspokoiło.
-Uważaj na siebie...
-Jeśli nie wrócę do ranka, wezwij pomoc.
Pocałował ją czule, a ona próbowała odgonić myśli, że ich usta spotkały się po raz ostatni.
Postanowiła się wziąć w garść. Przecież nie jest rozkapryszoną płaczką, bojącą się własnego cienia. Jest Ginewrą Potter. I jest z tego dumna. Otarła łzy i spojrzała na Harry'ego, który stał już w progu.
-Gdzie zamierzasz iść?
-Sam nie wiem.- westchnął Harry.
I wyszedł.

Starał się zachować za wszelką cenę zimną krew, ale po prostu nie mógł. Czuł, że dygocze ze złości i strachu. Gdzie jest Teddy? Co oni mu zrobią?
Zaczął niepewnie rozglądać się po ciemnej okolicy. Żadnych wskazówek...
Ruszył kamienistą ścieżką, marząc tylko o jednym- znalezieniu chłopca całego i zdrowego. Doszedł aż do cmentarza. Zaczął rozglądać się niepewnie, po czym przeszedł przez bramę, by podejść do grobu swoich rodziców.
Nie wiedział, dlaczego to robi. Może chce jakiejś pomocy? Może po prostu nie ma już sił?
Wpatrywał się w nagrobek swoich rodziców. Zacisnął wargi, nie chcąc uronić łzy strachu i wzruszenia.
-Co mam robić?- szepnął, a głos miał roztrzęsiony.
I w tej chwili to zobaczył.
Na rozmokłej ziemi, jakby pisał to ktoś patykiem, zaczęły pojawiać się słowa. Z otwartymi ustami wpatrywał się, aż w końcu niewidzialna ręka przestała tworzyć napis. Mruknął:
-Lumos...
I z pewnym problemem zaczął czytać wyryte słowa, przyświecając sobie różdżką.

                                                           Gdzie się echo niesie?
                                                           Gdzie ciągnie natura wilka?
                                                           Tam, gdzie wieje grozą,                                                    
                                                           A stworzenia niespotykane błądzą.

Zrozumiał, że to zagadka. Wytężył umysł. Przecież już rozwiązywał gorszą, podczas Turnieju Trójmagicznego.
Wydawało mu się to oczywiste, nie potrzebował nawet Hermiony. To las.
No tak. Las. Ale jaki? Przecież nigdzie w pobliżu nie ma lasu.
Przeczytał jeszcze raz dwie ostatnie linijki...
                                                           Tam, gdzie wieje grozą,
                                                           A stworzenia niespotykane błądzą.

Zamarł na chwilę. Czyżby...
-Dziękuję...-mruknął nieznacznie w przestrzeń, a zagadka zniknęła.


Po chwili znalazł się w Hogsmeade. Ruszył szybkim krokiem w stronę błoni zamkowych Hogwartu, a stamtąd prosto do Zakazanego Lasu.
Wszedł, rozglądając się niepewnie. Co go tu czeka?
Przełaził przez gąszcz kłujących krzaków i roślin.
Postanowił nie schodzić ze ścieżki. Szedł bardzo nieufnie, nie mając pojęcia, dokąd właściwie zmierza.
W pewnym momencie wyszedł na sporą polanę. Usłyszał dziwne warknięcie za sobą. Modlił się w duchu, by nie było to jakieś złe stworzenie. W napięciu obrócił się i ujrzał... Kła.
Odetchnął z ulgą. Ale nie tylko Kieł tu był. Za nim wygramoliła się wielka postać.
-Kieł! Do nogi, czego tag war... CHOLIBKA, HARRY!?
Harry rozpaczliwie przyłożył palec do ust.
-Hagridzie... Proszę, ciszej. Co tutaj robisz?
-Co TY tutaj robisz? Przecież wiesz, że nie można Ci się tu włóczyć! Gdy McGonagall się dowie...
-Na Brodę Merlina, Hagrid!- żachnął się Harry.- Nie jestem już chłopcem... Jestem nauczycielem! A tak w ogóle NIKT nie może się dowiedzieć, jasne?
Hagrid przypatrywał się mu z uwagą.
-Niech skonam, Harry! Co ty tu robisz!?
-Obiecaj mi, że nikomu nie powiesz. Bo inaczej pożegnam się z tytułem Aurora.
Hagrid zawahał się.
-No... dobra.
I Harry wszystko opowiedział. Na koniec Hagrid krzyknął:
-Cholibka, Harry! To niebezpieczne!
-Cicho!- syknął Harry.- Nie ważne... Co ty tutaj robisz?
-Ja... usłyszałem jakieś głosy i krzyki dochodzące z lasu, pomyślałem, że to jakieś dzieciaki robią sobie żarty, albo naprawdę je coś złapało... Ale, że to ŚMIERCIOŻECY!?
-Błagam, ciszej Hagridzie...- wyszeptał rozpaczliwie Harry.- Muszę już iść, Teddy może właśnie cierpieć...
I obrócił się.
Hagrid za nim zawołał:
-Ale, Harry! Pójdę z Tobą...
-Nie, bo wpadniesz w kłopoty. Na prawdę, nic mi nie będzie...
Hagrid jednak ruszył za nim.
-Nie zmuszaj mnie do rzucenia jakiegoś zaklęcia, Hagrid!
I pół- olbrzym w końcu się od niego odczepił, pomimo, że sprzeczał się w głębi z samym sobą.
Jeszcze zdążył wykrzyknąć:
-Gdy go znajdziesz wystrzel zielony iskry! Przyjdę po Was! A gdy będziesz potrzebował pomocy, to czerwone...!


Gdy Harry odszedł dostatecznie daleko, znów coś usłyszał. Zobaczył dwa światła, świecące niczym reflektory. I oto, zza drzew wyłonił się stary błękitny Ford Anglia Pana Weasley'a. Wciąż miał na sobie wgniecenia po tym, jak uratował Harry'ego i Rona przed stadem wielkich pająków, gdy byli w drugiej klasie.
Harry poczuł, jakby cofał się w czasie... Od tamtej pamiętnej nocy nie zobaczył więcej tego samochodu.
Wpatrywał się zdumiony w auto, a ono gwałtownie otworzyło drzwi. On nie zastanawiając się długo, wszedł do niego ochoczo. A ono, bez żadnego ostrzeżenia ruszyło nagle w gąszcz roślin.
Jechali tak już jakiś czas. Harry bał się najgorszego- że może być już za późno. Odganiał od siebie te myśli.
Aż w końcu auto otworzył z powrotem drzwi, wypychając Harry'ego, po czym samo odjechało.
Mężczyzna nie miał pojęcie, gdzie jest. Usłyszał jakieś rozmowy. Schował się za pobliskim drzewem, wsłuchując się w głosy.
-Gdzie chłopak?
-Zniknął!
-Jak to ZNIKNĄŁ!?
-No nie ma go!
-Idioto! A jeśli uciekł!?
-Na to wygląda..- osoba, która wypowiedziała te słowa, była wyraźnie przerażona.
-AVADA KEDAVRA!- ryknął ten drugi, po czym rozbłysło zielone światło.
Harry siedział podkulony. Nie miał pojęcia, co ma zrobić. Teddy uciekł? Ale jak?
I nagle poczuł czyjeś szturchnięcie. Obrócił się gwałtownie, z różdżką w pogotowiu w trzęsącej się ręce.
Stała przed nim zakapturzona postać. Miała maskę na twarzy. A obok niego...
-Teddy!?
Chłopiec bez słowa podbiegł do swojego wujka... cały dygotał.
Harry pragnął podziękować tamtej osobie. Jednak ona zniknęła...
Harry bez namysłu wystrzelił zielone iskry... I zdał sobie sprawę, że to była najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobił.
Śmierciożerca, który przed chwilą zabił swojego 'kolegę' ujrzał to. Od razu ruszył w tamtą stronę.
Teddy jeszcze bardziej dygotał, siedział jednak w milczeniu, wyraźnie przestraszony. Harry myślał gorączkowo...
I nagle do głowy wpadł mu pomysł.
Szybko wyciągnął pelerynę- niewidkę i zarzucił ją na siebie oraz roztrzęsionego chłopca.
Śmierciożerca przyglądał się miejscu, w którym kulili się Harry i Teddy, pod peleryną.
Oczywiście nie mógł ich zauważyć, więc ruszył w przeciwną stronę, znikając im z oczu za drzewami.
Harry zdjął pelerynę.
Gdzieś daleko usłyszał szczekanie kła.
Pomyślał, że nie ma co tu tkwić, tym bardziej, że muszą się wydostać stąd jak najszybciej. Zaczął więc szybko biec w stronę Hagrida, nasłuchując szczekania Kła. Za sobą ciągnął Teddy'ego, który nie potrafił dotrzymać mu kroku, bo mężczyzna był dosyć szybki.
Na szczęście, szybko ujrzeli Hagrida.

piątek, 13 marca 2015

32. Porwanie.



Harry przyglądał się sowom z zainteresowaniem. Ginny jednak postanowiła sprawdzić, co kryją koperty, poprzyczepiane do nóżek sówek, więc podeszła do pierwszej.
-To z Hogwartu.- mruknęła.
Teddy oczami wyobraźni już widział siebie z listem w dłoni, zaadresowanym do niego.
-To moje!- pisnął.- Oddajcie mi to!
Jednak Harry już rozrywał kopertę i czytał list, który niewątpliwie był do niego.

Drogi Panie Potter.
Nie złożył Pan jeszcze formularza o zwolnieniu z pracy.
Nalegam jednak, by nie robił Pan tego. Bardzo cenimy Pana metody nauczania.
Prywatnie rzecz biorąc, chciałabym Pana przeprosić za to, co powiedziałam.
Mam nadzieję, że wytłumaczymy sobie to, gdy w poniedziałek zjawi się Pan w Hogwarcie.
Jeżeli nie zamierza Pan odchodzić, zapomnimy o całej sprawie i proszę przyjść do pracy, jak każdego zwykłego dnia.
Jednak jeżeli Pan zdecydował się odejść, to proszę o zabranie ze sobą formularza.




Ginny czytała to nad ramieniem Harry'ego, po czym spojrzała na niego pytająco. On jednak otwierał kolejny list

Harry!
Słyszałem, że chcesz odejść.
Proszę Cię jednak, żebyś tego nie robił. W Ministerstwie dalej mam dużo pracy, a Twoja pomoc jest mi bardzo potrzebna.
Byłbym wdzięczny, gdybyś postanowił jednak zostać w Hogwarcie.

Ale bardzo Ci dziękuję za pomoc, którą dotychczas od Ciebie otrzymałem.
Mam wobec Ciebie ogromny dług.
                                                                                                    
Reszta listów była od uczniów. Prosili go, by w wrócił i obiecali, że już nigdy nie będą wtykać nosów w nie swoje sprawy.
Harry czytał to z wypiekami na twarzy; był szczerze zdumiony.
Zanim jednak zdążył pomyśleć, co ma zrobić, do ich domu wpadł nieproszenie Ron, w szacie Aurorskiej.
-Harry!- wydyszał ze złością.- Ile mam na Ciebie czekać!? Już jesteśmy spóźnieni, Watson nas zabije!
Harry uświadomił sobie nagle, że też ma na sobie szatę Aurorską i właśnie wybierał się do pracy, gdyby nie te listy.
Ron rozejrzał się po pokoju i najwyraźniej zapomniawszy o swojej złości, zapytał:
-Co to za listy? Od wielbicielek?- wyszczerzył zęby w stronę Harry'ego i Ginny.
Ta druga tylko fuknęła, a Harry w pośpiechu zawołał:
-Nie teraz, Ron!
I wybiegli, by deportować się do gmachu Ministerstwa Magii.

Zadyszani wpadli do budynku, czego nie łatwo było nie zauważyć. Każdy patrzył na nich to z zainteresowaniem, to ze zdziwieniem, lub z politowaniem.
Zaledwie zrobili kilka kroków w stronę swoich gabinetów, usłyszeli:
-POTTER! WEASLEY!
Obrócili się, przełykając głośno ślinę. Stał przed nimi purpurowy jak śliwka Watson.
-Do gabinetu!- warknął.
Posłusznie ruszyli za swoim szefem. Byli trochę przestraszeni, niczym ci chłopcy, za czasów Hogwartu. Zawsze musieli się wpakować w jakieś kłopoty, a potem na drżących nogach szli do gabinetu dyrektora. Harry i Ron. I często towarzyszyła im Hermiona.
Gdy tylko usiedli niepewnie na twarde krzesła gabinetu swojego szefa, Watson rzucił kilka zaklęć na drzwi. Spodziewali się, że wybuchnie, ale on zamiast tego usiadł na krześle naprzeciwko ich, chowając twarz w dłonie. Harry i Ron spojrzeli po sobie zdumieni.
Po chwili wycedził przez zęby:
-Potter i Weasley. Drużyna marzeń. Wiecznie pakują się w kłopoty, a teraz jeszcze się spóźniają.
Harry zaczął niepewnie:
-Przepraszamy szefie, po prostu...
-Nie w tym rzecz, Potter!- mówił Watson, a jego głos z każdym głosem robił się coraz głośniejszy, więc teraz wręcz na nich wrzeszczał.- Czy wy ZAWSZE musicie sprowadzać jakieś kłopoty!? Czy musicie działać sami, tak pochopnie!?
Harry i Ron milczeli, wpatrzeni w swoje adidasy.
-MOŻECIE BYĆ PEWNI, ŻE JESZCZE JEDNA TAKA AKCJA, BEZ MOJEJ WIEDZY, A ZOSTANIECIE WYWALENI NA ZBITY PYSK, BEZ WZGLĘDU NA TO, CO BYŁO POWODEM TEJ ESKAPADY! CZY TO JASNE!?
-Tak.- mruknęli zgodnie Harry i Ron. Było im strasznie głupio.
-Gdzie jest Weasley?- zapytał Watson, teraz oddychając już spokojniej.
Oboje spojrzeli na niego, jak na ostatniego idiotę. Ron powiedział z politowaniem:
-Przecież jestem tutaj...
-Nie ty, baranie...- mruknął Watson.- Twoja żona... Hermiona, tak?
Ron kiwnął głową.
-Przyprowadź ją tutaj.
Ron posłusznie wyszedł, kierując się do gabinetu Hermiony.
Harry nie chciał zostawać sam z szefem, jednak było to nieuniknione. Nagle Watson ryknął:
-POTTER! WIEM, ŻE TO WSZYSTKO TWOJA SPRAWKA! ILE RAZY JESZCZE WYKAŻESZ SIĘ BEZMYŚLNOŚCIĄ!? PO RAZ OSTATNI RATUJEMY CI SKÓRĘ, MOŻESZ BYĆ PEWNY!
Watson teraz dyszał głośno, ale najwyraźniej tłumił to w sobie, bo teraz jakby spokorniał.
-Co było tego powodem?
-Bo...- bąknął speszony Harry.- Ja dostałem list z Ministerstwa, w którym było napisane, że zamordowano mugolską rodzinę i trzeba zbadać okoliczności, bo prawdopodobnie to była magia i...
-A czy ten list miał na sobie pieczątkę Ministerstwa?- wycedził Watson.
Harry nagle coś sobie uświadomił... No tak! Przecież list nie miał pieczątki.
Nie miał, ponieważ nie da się jej podrobić. Jest ona zabezpieczona wieloma czarami i po prostu sfałszowanie jej jest nie możliwe.
Harry zaczął niepewnie:
-No nie...
-NO WŁAŚNIE!- wykrzyknął Waston.-Właśnie!
Harry zebrał w sobie odwagę i rzekł:
-Ale ja nie miałem czasu, by sprawdzić, czy koperta ma na sobie pieczątkę! Byłem przerażony!
-To może zacznij myśleć racjonalnie! Przestań działać pod wpływem emocji, bo to do niczego Cię w życiu nie doprowadzi!
Harry chciał coś powiedzieć, ale do gabinetu wszedł Ron i lekko zaczerwieniona Hermiona. Ta druga skinęła niepewnie głową i usiadła na wskazane miejsce.
-Pani Weasley!- burknął Watson.- Z tego, co wiem, Pani także uczestniczyła w nocnej eskapadzie tych dwóch, prawda?- wskazał brodą na Rona i Harry'ego.
Dziewczyna nerwowo kiwnęła głową.
-No właśnie. Czy muszę Pani mówić, jak bardzo było to nieodpowiedzialne i głupie?! Przecież...
-Nie musi Pan.- przerwał mu oburzony Ron.- Ona dla Pana nie pracuje!
Watson nagle zrobił się purpurowy bardziej, niż dotychczas.
-Nie będziesz mi Weasley mówić, co mam robić!
Hermiona spojrzała z wyrzutem na swojego męża, ale najwyraźniej była tego samego zdania. Podniosła się i teraz już śmiało powiedziała:
-Nie zamierzam tego wysłuchiwać. Chciałam pomóc moim przyjaciołom i będę tak robić za każdym razem.
Kiwnęła głową i podeszła do drzwi. Watson jednak zaprzeczył:
-Proszę poczekać. Mam dla Pani propozycję.
Cała trójka wlepiła w jego zaciekawiony wzrok.
-Nie zastanawiała się Pani, czy zostać Aurorem? Myślę, że nadawałaby się Pani.
Ron lekko rozchylił usta w zadziwieniu. Hermiona i Harry też byli zszokowani, jednak ta pierwsza po chwili odpowiedziała:
-Nie. Jestem zadowolona ze swojej dotychczasowej pracy, ale dziękuję.
I wyszła.


Był poniedziałek. Harry nerwowo przygładzał sobie ręką włosy, co i tak niewiele dawało, bo jego kruczoczarna czupryna zawsze była poczochrana. Poprawił okrągłe okulary. Podeszła do niego rudowłosa kobieta i objęła go w pasie:
-Nie denerwuj się tak. Na pewno wszystko sobie z McGonagall wyjaśnicie...
Harry był jej wdzięczny, więc pocałował ją z troską i wyszedł, by deportować się do Hogwartu.
Postanowił nadal nauczać w Hogwarcie. Było mu jednak głupio po tym, co się ostatnio stało...
Niepewnie zajrzał do Wielkiej Sali, a potem, najciszej jak mógł wszedł do środka. Każdy jednak wlepił w niego wzrok.
Gryfoni wstali natychmiast i zaczęli bić brawo. Za chwilę dołączyli się Puchoni i Krukoni, jednak Harry uniósł rękę, w geście podzięki, prosząc jednocześnie, by przestali. Zapanowała więc cisza. Każdy wpatrywał się w niego z napięciem, czekając, aż coś powie. On jednak, nie mówiąc nic podszedł do stołu nauczycielskiego, by zacząć jeść. Po chwili w sali panował codzienny, choć weselszy niż zwykle gwar.
Neville zagadał do Harry'ego, gdy usiadł obok niego:
-Hej, Harry! Jak dobrze, że jednak zostajesz! Uczniowie byli załamani.
Harry spojrzał na niego z zaciekawieniem:
-Zrobili małą manifestację pod gabinetem McGonagall. I choć domy straciły mnóstwo punktów, nie zamierzali przestać.
Harry'emu zrobiło się strasznie głupio. Omijał, jak tylko mógł, dyrektorkę szkoły. Rozmowa jednak była nieunikniona.
McGonagall, ku zdumieniu Harry'emu, przepraszała go za to, co powiedziała. Po prostu była wściekła, a teraz zrozumiała, że to były tylko plotki... Kilku uczniów nawet się przyznało, do wymyślenia ich.
Harry nie zamierzał się na nią złościć.
I tak upłynął mu dosyć miły dzień.


Harry był w nicości. Niczego nie było wokoło, tylko ciemność.
Nagle usłyszał znajomy głos James'a Potter'a. Ruszył ku swojemu ojcu.
I byłaby to normalna rozmowa ojca z synem (oczywiście pomijając fakt, że James nie żył i rozmawiali we śnie) gdyby nie nagłe przybycie Lupina. Był bardzo zdenerwowany i wręcz błagał Harry'ego o pomoc. Nie chciał powiedzieć nic konkretnego, był po prostu zbyt spanikowany.
Mężczyzna obudził się i zobaczył nad sobą swoją żonę. Była bledsza, niż zwykle. A nawet biała, jak kreda.
Wyjąkała:
-Teddy... Ja usłyszałam krzyk... I... Nie ma go...

środa, 11 marca 2015

31. Oskarżenie McGonagall.



Ginny obudziła się następnego dnia, wtulona w Harry'ego. Spędzili wspaniałą noc.
Przetarła zaspane oczy i rozejrzała się po pokoju. Uniosła się lekko, by sprawdzić godzinę. Przeraziła się.
Delikatnie potrząsnęła mężem, który uśmiechnął się pod nosem i coś zamruczał.
Potrząsnęła nim natarczywiej, a on spojrzał na nią zaspany. Owinął sobie jej kosmyk rudych włosów wokół palca i przyglądał się jej z zainteresowaniem.
Dziewczyna przygryzła wargę, ale nie uległa pokusie.
-Harry...- szepnęła, mimo woli.- Za 15 minut masz być w Hogwarcie...
Chłopak poderwał się natychmiast, szarpiąc ją przy tym lekko za włosy. Wymacał na szafce okulary i spojrzał na nią przestraszony.
No tak... Dzisiaj czwartek!
Nie ociągając się już ubrał się i zbiegł na dół, by deportować się natychmiast.
Ginny widząc to zaśmiała się pod nosem.

Chłopak wbiegł do Wielkiej Sali. Towarzyszyło mu wiele spojrzeń, nim zajął swoje miejsce przy stole nauczycielskim.
Już nakładał sobie ziemniaki, gdy nagle tace znikły i pojawiły się desery.
Zabrał się więc za czekoladowy pudding.
Krótko cieszył się spokojem, bo nadleciały sowy. Jakaś brązowa sowa rzuciła mu 'Proroka Codziennego' prosto do talerza. Obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem i rozwinął gazetę. Już na pierwszej stronie zobaczył zdjęcie domu, w którym był tej nocy. Przeklął cicho. Więc Skeeter już wie...
Przeczytał cały artykuł, w którym Skeeter wieszała na nim psy, bo znowu działał bezmyślnie.
Ucieszył się, że nie musi być dzisiaj w Ministerstwie. Już widział nabiegłą krwią twarz Watsona...
Zobaczył, że każdy mu się przygląda z zaciekawieniem i lekkim strachem znad swoich egzemplarzy 'Proroka'. Już przełknął ostatnią łyżkę puddingu i ulotnił się, tak szybko, jak tylko to możliwe.
Ruszył korytarzem na swoją pierwszą w tym dniu lekcję.
Było tak, jak się spodziewał.
Uczniowie wypytywali go, co się stało tej nocy. On odmawiał im udzielenia jakichkolwiek informacji, ku ich niezadowoleniu.
Wielu Ślizgonów patrzyło na niego z pogardą. Za pewnie uważali, że Harry jest zadowolony z tego, że każdy o nim gada i wskazuje na niego palcami, co było głupstwem. Na szczęście tylko oni tak sądzili.
A przynajmniej tak myślał...
McGonagall podeszła do niego na przerwie pomiędzy 3, a 4 lekcją. Usta miała zaciśnięta, co znaczyło, że jest nie w sosie.
Nerwowo zaprosiła go do swojego gabinetu. Gdy wszedł do niego, Harry poczuł przypływ wspomnień. Przecież to był kiedyś gabinet Dumbledor'a...
Pamiętał do dziś prywatne lekcje z Dumbledor'em... Gdy tu trafił w 2 klasie, gdy myślano, że to on spetryfikował Justyna i Prawie Bezgłowego Nicka...  Nigdy nie zapomni, gdy Faweks spalił się na jego oczach, ku jemu przerażeniu.
Zdał sobie sprawę, że nie warto rozpamiętywać każdej chwili spędzonej w tym gabinecie, bo po prostu jest ich za dużo. Trafiał tu tak często, jak często łamał regulamin. Czyli prawie ciągle...
Ale teraz Dumbledor'e i reszta dyrektorów Hogwartu przyglądała mu się z zaciekawieniem. Przypomniał sobie, dlaczego tu jest.
A właściwie, to przecież nie wiedział, co tu robi. Zapytał więc nieśmiało:
-O co chodzi, Pani Dyrektor?
-Siadaj, Potter.- warknęła, niezbyt przyjemnie. Jej usta wciąż przypominały wąskie szparki.
Gdy usiedli, milczała jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu wycedziła:
-Co powiedziałeś uczniom?
Harry spojrzał na nią ze zdziwieniem.
-Ja? Nic. Cały dzień odganiam się od ich pytań...
-To dlaczego po szkole chodzą takie dziwnie pogłoski?
Harry miał wrażenie, że patrzy na niego, jak na skończonego idiotę.
-Jakie pogłoski?
McGonagall zacisnęła usta tak, że w ogóle nie było ich widać.
-Nie udawaj, że nie wiesz, Potter!- żachnęła się.
Harry patrzył jednak na nią pytająco.
-Krążą pogłoski, że tej nocy walczyłeś z kilkoma wampirami, inni mówią, że Wilkołakami... Niektórzy twierdzą, że stoczyłeś walkę z groźnym potworem.- prychnęła.- Są też pogłoski, że umarłeś, po czym powstałeś, niczym inferius. Albo...- tu zatrzymała się na chwilę.- że byłeś świadkiem ponownego powstania Sam-Wiesz-Kogo.
Teraz Harry patrzył na nią całkiem zbaraniały. Kto opowiada takie głupoty? Uśmiechnął się pod nosem, czego natychmiast pożałował.
-Uważasz to za zabawne?!- prawie krzyknęła McGonagall.- Uczniowie są przerażeni, że Sam-Wiesz-Kto znów wrócił!- teraz mówiła powoli i wyraźnie.- Opowiedz mi dokładnie, co powiedziałeś uczniom.
-Nic.- żachnął się Harry.- Przecież ktoś po prostu puścił głupią plotkę!
McGonagall zwęziła oczy, zaciskając usta.
-Nic? Kto by niby żartował w ten sposób? To doprawdy żałosne, że chcesz zdobyć sławę wśród uczniów, opowiadając im takie rzeczy!
Harry wstał tak gwałtownie, że McGonagall lekko podskoczyła.
-Jak Pani może!? Przecież Pani dobrze wie, że nigdy nie chciałem tej sławy!- poczuł się niczym ten 15-latek, który stawia się nauczycielowi.- NIGDY! I nie rozpowiadałbym tych głupot, żeby zyskać sławę! Skąd w ogóle ten pomysł?!- chłopak nie panował nad sobą.- I nie wiem, kto rozpowiedział te plotki o Voldemorcie!- McGonagall wzdrygnęła się na te naziwsko.- I nie obchodzi mnie to! A znając życie, to jacyś żądni sensacji Ślizgoni i tyle...
Obrócił się na pięcie, by wyjść. Dotknął klamki, pociągnął ją gwałtownie w dół i wyszedł, słysząc za sobą łagodny głos Dumbledor'a, który zapewne przysłuchiwał się tej rozmowie z obrazu, jak reszta byłych dyrektorów szkoły.
-Minerwo, naprawdę nie sądzę, by Harry...
Nie usłyszał, bo ruszył pewnym krokiem przed siebie. Nie zwracał uwagi, na przyglądających się mu uczni, nie odpowiadał na żadne pytania, albo chociażby zwykłe 'Dzień Dobry'.
Szybko znalazł się w swoim gabinecie, więc zaczął nerwowo machać różdżką, a jego ubrania i książki same zaczęły wlatywać do jego kufra.
Robił to jednak zbyt chaotycznie, więc ubrania zwinięte były w kłębek, a książki walały się po całym kufrze.
Jednak chłopak nie dbał o to.
Miał mało rzeczy, więc szybko był gotowy do wyjścia.
Szedł korytarzem, pełnym zdziwionych spojrzeń. Dzielnie je mijał, zastanawiając się dalej, jak McGonagall mogła o czymś takim pomyśleć. Ba, jak mogła o tym powiedzieć?!
Natknął się na Jake, którego prawie przewrócił. Mruknął nieznacznie:
-Przepraszam.
I ruszył dalej. Chłopak jednak zatarasował mu drogę, patrząc na niego uważnie.
-Harry? Gdzie idziesz?
Chłopak nie zwracał się do niego 'Panie Profesorze', bo Harry po prostu tego nie chciał. Czuł się dziwnie, gdy inni tak na niego mówili.
Harry wziął głęboki wdech, zastanawiając się, czy powiedzieć prawdę. Pomyślał, że przecież i tak się dowiedzą, więc powiedział jednych tchem:
-Już nie będę Was uczyć, odchodzę.
Na te słowa podeszło do nich wiele osób. Każdy miał zdumioną i smutną minę, tylko Ślizgoni triumfowali.
-Co? Dlaczego?- wybąkał Timmy, który był wśród tłumu.
Harry westchnął, ale nic nie powiedział. Za to zrobił to jakiś niski i tęgi Puchon:
-Nie lubisz nas, prawda? Nie chcesz nas już uczyć?
-Nie w tym rzecz!- zaprzeczył natychmiast Harry.- Bardzo Was lubię! Po prostu muszę... a przynajmniej powinienem.
Każdy patrzył na niego w napięciu, aż w końcu jakaś 11-letnia Gryfonka pisnęła:
-Nie może Pan!
Harry spojrzał na nią, a ona oblała się szkarłatnym rumieńcem.
-Przepraszam. Muszę... Ale pewnie jeszcze mnie spotkacie jako Aurora.
I zaczął przepychać się między nimi do wyjścia.


Ginny była zdumiona, gdy zobaczyła Harry'ego, który wrócił tak wcześnie. Harry szybko opowiedział jej o tym, co się stało. Nic jednak nie powiedziała.

Gdy następnego dnia Harry zbierał się do Ministerstwa, zobaczył co najmniej kilkanaście sów, kłębiących się i przepychających za oknem. Patrzył na to zjawisko z lekkim uśmiechem, bo wyglądało to komicznie.
Z góry zbiegł Teddy, niezwykle rozpromieniony.
-TO DO MNIE PRAWDA!? Chcą mnie do Hogwartu!?
Ginny zaśmiała się cicho i wyjaśniła chłopcu, że przed nim jeszcze 6 lat.
Harry powoli otworzył okno, a sowy wleciały do domu, niczym błyskawice.


niedziela, 8 marca 2015

30. W pułapce.


Wszystkim kobietom, w nasze święto, życzę spełnienia marzeń i szczęścia. :)
___________________________________________________________________________
Wszyscy goście wychodzili. Każdy promieniał, żegnał się z innymi serdecznie, i nawet nie zauważył, że nie ma Harry'ego.
Impreza urodzinowa Teddy'ego trwała do 22:00. Ginny czuła piasek w oczach, jednak przyćmił to strach. Spojrzała nerwowo na zegarek: wskazówka Harry'ego widniała na 'praca'.
Zauważyła, że nie jest sama. Ron i Hermiona wpatrywali się w nią pytająco.
-Gdzie Harry?
Usiedli przy stole w kuchni i zamknęli drzwi.
-Zabito jakąś mugolską rodzinę. Oczywiście, nie ma żadnych ran, ani okaleczeń, zupełnie tak, jakby zemdleli. Chyba wiemy, co tam się stało.
-Śmierciożercy..- szepnął Ron. Przysunął bliżej do siebie Hermionę, która była przerażona.
-Ale.. czy to...?
Ginny podała im list z Ministerstwa, na których widniał adres. Kobieta z burzą brązowych włosów od razu odetchnęła, jednak dalej czuła niepokój.
Przez chwilę siedzieli w ciszy, a każdy ciągle spoglądał na zegar, mając nadzieję, że wskazówka Harry'ego przestawi się na 'dom'.
Nagle Ron poderwał się i wykrzyknął:
-Dlaczego nie napisali do mnie!? Też jestem Aurorem!
-Nie denerwuj się...
-Jak mam się nie denerwować?! Czy ja już zawsze będę w cieniu swoich przyjaciół?!
Jeszcze raz spojrzał na adres, zamieszczony w liście i oznajmił, że tam idzie. Hermiona próbowała go na początku powstrzymać, jednak ten odpowiedział:
-Daj spokój! Co może się stać? Po prostu badają okoliczności mordu, a ja chcę im pomóc!
I ruszył szybko w stronę drzwi, by otworzyć je gwałtownie, a zrobił to z taką siłą, że Teddy, który pod nimi stał przewrócił się.
Cała trójka zamarła. Nie rzucili zaklęć na drzwi.
-Teddy! Uważaj...- bąknął Ron.- Powinieneś spać...
I ulotnił się, najszybciej jak to możliwe.
Ginny patrzyła na chłopca ze złością.
-Teddy! To niegrzeczne! Marsz na górę spać!
-Wujek znowu został wezwany, tak? Zabili mugoli?
Ginny westchnęła, a teraz pałeczkę przejęła Hermiona.
-Tak, Teddy.. Ale to nic groźnego. Po prostu muszą sprawdzić, kto to był, i kto to zrobił. To nic niebezpiecznego, idź spać.
Teddy nie do końca im uwierzył, ale ruszył powolnym krokiem na górę. Mimo to kobiety teraz zabezpieczyły drzwi.
Hermiona osunęła się ponownie i jęknęła.
-Ginny... Moi rodzice mogą być kolejni... czy powinnam znów zmodyfikować im pamięć?
-Nie wiem...- szepnęła bezradnie Ginny.
Hermiona ukryła twarz w dłoniach i przez dłuższy czas siedziały w ciszy.
Ginny spojrzała na zegar. Wskazówka Harry'ego wskazuje na 'praca'.
Minęły może 3 minuty, a ona znów spojrzała na zegar. 'Praca'.
5 minut później nie wytrzymała, a jej wzrok sam odwrócił się w tamtą stronę. Wskazówka Harry'ego wskazywała na 'śmiertelne zagrożenie'. Zamarła.
Wydała z siebie zduszony krzyk, a Hermiona popatrzyła na nią pytająco. Po chwili jej wzrok przeniósł się na zegar. Poderwała się natychmiast.
-Idę tam.
Spojrzała na pergamin, by przeczytać adres.
Ginny także wstała i powiedziała:
-Ja też.
Obydwu dziewczynom niewidzialna rękę ścisnęła gardło. Wpatrywały się w siebie przez chwilę, aż w końcu Hermiona powiedziała stanowczo:
-Nie ma mowy...
-Hermiono!- przerwała jej Ginny.- Ja muszę tam iść! Jak ty byś się czuła na moim miejscu!?
-Źle.- powiedziała cicho Hermiona.- Ale mimo to, nie poszłabym. Pomyśl o swoim dziecku! Twoja ciąża jest coraz bardziej zaawansowana! Wystarczą dwa, czy trzy Cruciatusy i poronisz!
Te słowa mocno uderzyły do Ginny. Była rozdarta. Chciała tam iść, pomóc swojemu mężu, ale wiedziała, że to zbyt niebezpieczne dla ich synka.
Hermiona chyba to zauważyła, bo powiedziała:
-Ty wyślesz sowę do Ministerstwa...
-Nie mamy sowy.
-To pożyczysz Świstoświnkę! Jest w Norze, najwyżej obudzisz Molly, ale to chyba nie jest teraz takie istotne, prawda?
Ginny kiwnęła głową.
Hermiona wyszła. Zanim jednak Ginny zdążyła cokolwiek zrobić, zobaczyła, że Hermiona znów stoi w progu. Spytała zadyszana:
-Gdzie Harry trzyma pelerynę-niewidkę?


Gdy Harry deportował się na podany adres, zobaczył przed sobą wielki, stary dom. Był bardzo poniszczony, a nad nim widniał Mroczny Znak.
Czarnowłosy mężczyzna zaczął rozglądać się niepewnie, szukając innych Aurorów. Nie zobaczył jednak nikogo.
Pomyślał, że wszyscy muszą być w środku, więc znalazł się tam prawie natychmiast.
Cicho wszedł do domu i zobaczył, że nie ma tu śladów jakiejkolwiek napaści.
Tak, meble były brzydkie i poniszczone, ale stały na swoich miejscach.
Pomyślał, że Aurorzy musieli tu uporządkować.
Ale gdzie wszyscy? Czemu tu jest tak złowieszczo cicho?
Wszedł do salonu, największego pomieszczenia w całej posiadłości, i zapytał niepewnie:
-Jest tu ktoś? Panie Watson?
Nagle poczuł, że cienkie liny chcą go oplątać. Odskoczył gwałtownie, rzucając odpowiednie przeciwzaklęcie. Rozejrzał się wokoło i zobaczył postacie w czarnych szatach, z maskami na twarzy. Nie zastanawiając się, co właściwie robi, wystrzelił kilka kolorowych zaklęć.
Sam musiał też unikać wielu kolorowych płomieni, nie zawsze skutecznie.
Zdał sobie sprawę, że sam nie da rady. Musi coś zrobić... Ale co?
Nagle wpadł na pewien pomysł.
Ryknął:
-PROTEGO!
I wokół niego wytworzyła się tarcza. Miał chwilę, by przeanalizować, co ma zrobić. Oparł się o ścianę, wyczuł jednak, że ta zapada się za nim.
Okazało się, że oparł się o drzwi, które teraz stały przed nim otworem.
W jednym momencie znikła jego tarcza, a on wbiegł do pomieszczenia.
Zamknął szybko drzwi i rzucił kilka zaklęć zabezpieczających.
Wiedział jednak, że nie będą one działały wiecznie, więc mruknął: 'Lumos', by cokolwiek zobaczyć.
Przed sobą zobaczył schody, prowadzące na dół. Bez wahania ruszył nimi, zdając sobie sprawę, że wchodzi do jakiejś piwnicy.
Poczuł zapach stęchlizny. Było bardzo zimno. Przed sobą zobaczył kilka rozwidleń. Ruszył jedną z dróg, by potem znów wybrać ścieżkę, którą chce podążyć, i znów, i znów.
Nie miał pojęcia, jak długo tak wybiera. W końcu znalazł się ślepej uliczce.
Stanął, opierając się o ścianę i dysząc ciężko.
Nie słyszał niczyich kroków. Na razie może tu zostać i zastanowić się, co dalej.
Nagle z ciemności wyłoniła się sylwetka w czarnej szacie i masce na twarzy.


Hermiona właśnie się deportowała, więc Ginny pośpiesznie wzięła z gzymsu garść Proszku Fiuu, wysypując po drodze połowę zawartości miseczki.
Rzuciła go w płomienie, które teraz stały się szkarłatne i krzyknęła 'Nora!'.
Znalazła się w fikuśnym domu. Natychmiast wyszła z kominka, a do niej podbiegła Molly.
Dziewczyna zastanawiała się przez chwilę, czy ta kobieta w ogóle śpi.
-Ginny?- zapytała zdziwiona.- Co ty tu robisz o tej porze?
Ginny nabrała powietrza i jednym ciągiem opowiedziała o wszystkim, co miało miejsce do tej pory, przystępując z nogi na nogę.
Molly pośpiesznie podała jej kawałek pergaminu i pióro z atramentem. Ginny trzęsącą się ręką napisała list i wysłała zadowoloną z siebie Świstoświnkę do Ministerstwa
Molly wróciła  wraz z Ginny do Doliny Godryka. Teddy stał wpatrzony w kobiety.
Ginny przeklęła w duchu. Była pewna, że chłopiec śpi.
-Teddy!- oburzyła się.
-Gdzie byłaś, ciociu?
-Musiałam wysłać pilnie list. A ty, czemu nie śpisz?
-Nie mogę.- westchnął Teddy i osunął się na krzesło.- Poczekam razem z wami.


-Nie zmieniłeś się, Potter.- Harry usłyszał głos, przeciągający sylaby.
Wzdrygnął się. Śmierciożerca zdjął maskę i Harry ujrzał Draco Malfoy'a.
-Dalej taki naiwny.- zadrwił.
-Merlinowi dzięki...- westchnął Harry.- Znasz jakiś tajne wyjście?
Malofy i Harry już kilkakrotnie ratowali sobie skórę, pomimo, że tak się nienawidzą. Po prostu, Malfoy już wolał uratować go, niż pomóc śmierciożercom.
-Nie tym razem, Potter.
Cienkie linki oplotły Harry'ego. Upadł na ziemię.
-Malofy!- warknął.- Myślałem, że nienawidzisz śmierciożerców!
Blady mężczyzna o blond włosach zaśmiał się histerycznie.
-Tak było!
Różdżka Harry'ego poszybowała wysoko. Zrobiło się ciemno, bo była ona jedynym źródłem światła.
-Teraz już wiem, po jakiej stronie jestem.- głos mu drżał.- To ja używałem leglimecnji. To ja wysłałem ten list. I to ja Cię zabiję.
Przyłożył różdżkę do piersi Harry'ego. Mężczyzna poczuł, że ręka Malofy'a drży, jak wówczas, gdy miał zabić Dumbledor'a.
-Ktoś Cię zmusił. Boisz się.
-Mylisz się!- syknął Malfoy, ale jego głos dalej drżał.- Już w pierwszej klasie chciałem to zrobić! I nic mnie nie powstrzyma!
Pomimo tego, dalej tego nie zrobił.
W tym momencie Malofy odleciał od niego, oszołomiony.
Nagle coś się zaświeciło i Harry zobaczył Hermionę z jego różdżką w ręku. Podała mu ją, rzucając przeciwzaklęcie, które uwolniło Harry'ego z lin, po czym zapaliła swoją.
-Hermiono? Jak..?- wybąkał, ale zobaczył, że kobieta trzyma pelerynę- niewidkę w dłoni.
Schowali się pod nią.
-Musimy znaleźć Rona.- oznajmiła Hermiona.
-On tu jest!?- zezłościł się Harry.
-Cicho!- syknęła Hermiona.- Tak, jest! Ale nie możesz się na niego złościć! Znów Cię uratowaliśmy!
Harry zamilkł.
Ruszyli pomiędzy kolorowymi światłami. Kilka razy zaklęcia przeleciały blisko nich, ale śmierciożercy robili to nieświadomie, bo w końcu ich nie widzieli.
Znaleźli Rona. Radził sobie nawet dobrze.
W jednej chwili Hermiona rzuciła na chłopaka zaklęcie, które wypchnęło go poza zasięg śmierciożerców. Ron schował się razem z nimi. Musieli bardzo uważać, by nie było widać ich stóp.
W tej samej chwili pojawili się Aurorzy. Schwytali część śmierciożerców, większość jednak uciekła.
Teraz cała trójka wróciła pośpiesznie do Doliny Godryka, by nie wysłuchiwać wywodów Watson'a.
Harry'emu było strasznie głupio. Podziękował swoim przyjaciołom. Co by bez nich zrobił? Czy Malfoy byłby w stanie go zabić?
Przeszedł go niemiły dreszcz. Znowu go nabrano... Kiedyś w 5 klasie Voldemort go tak przechytrzył, używając leglimencji. Wtedy umarł Syriusz...


Ginny, Teddy i Molly siedzieli w kuchni, w Dolinie Godryka. Atmosfera była napięta.
Ginny bardzo się bała o najbliższych. Tyle by dała, żeby to się skończyło....
Spojrzała na zegar i odetchnęła. Wskazówka Harry'ego wskazywała teraz na 'podróż'. Za chwilę przestawiła się na 'dom'.
Obie kobiety wstały, gdy usłyszały otwierające się drzwi. Teddy siedział dalej na swoim miejscu, wyraźnie poddenerwowany.
Rudowłosa kobieta zobaczyła trójkę przyjaciół. Cali zdrowi, tym razem bez żadnych ran, wyszli cało. Natychmiast rzuciła się na szyję swojego męża. Potem napadła go natomiast Pani Weasley. Gdy ta podbiegła do Rona i Hermiony, znów go przytuliła, tym razem w pasie, a on przyciągnął ją delikatnie do siebie.
Po chwili usiedli w salonie. Teddy po dłuższym namawianiu poszedł w końcu spać, co nie zmienia faktu, że musieli dobrze zabezpieczyć drzwi.
Harry opowiedział im o wszystkim. Bardzo zastanawiała go kwestia Malfoy'a. Ta cienka nić porozumienia, która nawiązała się między nimi, nagle została przerwana. Czuł też wyrzuty sumienia. Znów podjął pochopną decyzję, narażając przy tym swoich przyjaciół... Tak jak kiedyś w 5 klasie, gdy poleciał do Ministerstwa uratować Syriusza, pomimo, że go tam nie było, jak się później okazało.
-Żadni mugole nie zostali zamordowani.- westchnął Harry.- To była pułapka.
Po długiej rozmowie każdy powrócił do swoich domów. Ginny jeszcze nie puściła Harry'ego. Szepnęła:
-Proszę Cię... Uważaj...
-Wiem Ginny, wiem.- mruknął.- Przepraszam.
Pochylił się i pocałował ją. Kobieta potrzebowała tego. Natychmiast odwzajemniła pocałunek, rad, że mają w końcu chwilę dla siebie.

sobota, 7 marca 2015

29. Teddy ma już 5 lat.



Czas mijał, a Harry dalej uczył w Hogwarcie. Bardzo dobrze było mu łączyć obowiązki Aurora i nauczyciela, bo ostatnio śmierciożercy nie wychylali się.
Czasem odwiedzał Hagrida, który na początku miał do niego pretensje, że o ciąży Ginny musiał dowiedzieć się z 'Proroka'. Potem jednak nie mógł się złościć na Harry'ego.
Harry zauważył, że wiele dziewczyn, głownie z 5 klas, średnio sobie radzi na jego lekcjach. Ciągle musiał im coś przypominać, pomagać, doradzać, a one tylko głupio chichotały.
Jake i Timmy powiedziały mu, że po prostu się w nim zabujały. Były to głównie Gryfonki, ale było też kilka Puchonek i Krukonek. Od tamtego czasu, Harry starał się je omijać szerokim łukiem, gdy spotykał je na korytarzach. Niczego od nich też nie przyjmował, bo od razu przypomniał sobie czekoladki, które dostał w 6 klasie od Romildy Vane.
Chociaż, jak by się tak zastanowić, to nie można mieć do nich o to pretensji. Harry był nawet przystojny, jego czarne włosy zawsze były w nieładzie, co dodawało mu tylko uroku, a oczy zielone i przenikliwe, z których można było wyczytać bardzo dużo. Treningi Aurorskie też zrobiły swoje, więc Harry był dosyć umięśniony. A do tego oczywiście, był niezmiernie sławny.
Mężczyzna jednak, starał się spędzić w miarę jak najwięcej czasu z najbliższymi, co stało się trochę trudniejsze, niż uprzednio. Nikt jednak nie narzekał, widząc, jak Harry jest zapracowany.
Zanim się obejrzał, minął cały marzec i połowa kwietnia. Ginny coraz bardziej rósł brzuszek, co Harry'ego lekko przerażało. Już na początku lipca zostanie ojcem. Trochę go tam myśl przerażała.

Teddy obudził się i przeciągnął lekko. Wstał natychmiast, przypominając sobie, jaki jest dzisiaj dzień. Jego urodziny. Spojrzał przez okno i z zadowoleniem stwierdził, że jest piękna, wiosenna pogoda. Była środa, więc Harry nie był dzisiaj w Hogwarcie. Pełen nadziei, że wujek został dziś w domu, by świętować razem z nim, zbiegł na dół. Rozczarował się.
Po kuchni krzątała się Ginny. Nawet nie zauważyła, gdy Teddy przyszedł:
-Ciociu?- zaczął niepewnie Teddy.
Ginny drgnęła i obróciła się, by spojrzeć na chłopca.
-Na Brodę Merlina, Teddy!- skarciła go Ginny.- Przestraszyłeś mnie!
-Przepraszam...
-Czemu już nie śpisz?
-Bo.. bo nie mogłem.
Ginny patrzyła na niego badawczo.
-Czemu? Miałeś złe sny?
-Nie, po prostu...
Nie dokończył. Ginny podniosła jedną brew, dalej się mu przypatrując. Włosy chłopca zmieniły kolor na mysi, co oznaczało, że był zasmucony.
-Teddy? Co to za kolor włosów?
-Po prostu... Myślałem, że... Wujek będzie dzisiaj w domu...
-Nie może, Teddy. Przecież wiesz, że dzisiaj jest zwykła środa, co oznacza, że musi być dzisiaj w Ministerstwie.
Teddy nie mógł uwierzyć, że wujostwo zapomniało o jego urodzinach. Skinął głową, a Ginny powiedziała:
-Przepraszam Cię mały, ale będziesz musiał trochę posiedzieć w Norze. Muszę iść do redakcji, by przekazać artykuł dla szefa. A nie mamy jeszcze rodzinnej sowy, więc sam rozumiesz...
W tej chwili Teddy odczuł złość. Jego włosy zmieniły kolor na krwistoczerwony.
-Mogę zostać sam!- nadąsał się.
-Nie możesz. A teraz proszę Cię o jedno- bądź grzeczny w Norze. Babcia Molly przygotuje Ci naleśniki.
Ginny nazywała Molly babcią, gdyż takie było najlepsze określenie. Oczywiście, nie była ona biologiczną babcią chłopca.
Włosy Teddy'ego ponownie zmieniły kolor na mysi, ale chłopiec już nic nie powiedział.
Z bólem wszedł do szkarłatnych zieleni, mówiąc smutno: "Nora".

Gdy tylko znalazł się w Norze, u progu powitała go Molly. Chłopiec miał przez chwilę nadzieję, że chociaż ona nie zapomniała o jego urodzinach, lecz rozczarował się.
-Och, Teddy. Witaj, kochaneczku. Chodź, naleśniki już się smażą.
Posłusznie wszedł za babcią do kuchni. Postanowił zaryzykować i zapytał nieśmiało:
-B-baciu? A wiesz, jaki dzisiaj dzień?
-No tak, środa... Prawda?- Molly spojrzała na chłopca przestraszonym wzrokiem, lecz zaraz odwróciła się do naleśników, udając, że coś przy nich robi, a tak naprawdę ukrywając uśmiech.
-Tak.-bąknął chłopiec, a jego włosy zrobiły się tak mysie, jak nigdy dotąd.
Molly zauważywszy to, spytała:
-Coś się stało?
Chłopiec nie zdążył jednak odpowiedzieć, bo do kuchni wszedł George:
-Co dobrego się tu pichci?
-To dla Teddy'ego.- odparła pośpiesznie Molly, bo wiedziała, że George gotów był wypowiedzieć: "Accio Naleśniki".
W tej chwili mężczyzna przeniósł wzrok na chłopca, którego chyba wcześniej nie zauważył.
-Ach, witaj, Teddy!- powiedział uśmiechając się, lecz po chwili dodał pod nosem:- A szkoda, miałem ochotę na te naleśniki.
Przez chwilę panowała cisza, a słychać było tylko skwierczenie naleśników. George nagle wpadł na świetny pomysł:
-OCH, TEDDY! Mam pomysł! Może zrobiłbyś mi przysługę i przetestowałbyś mój nowy produkt? To eliksir, powodujący kruszenie się zębów.- powiedział, dodając po chwili badawczo:- Bo masz już zęby, tak?
Molly syknęła:
-George! Jak możesz!? Teddy nie będzie królikiem doświadczalnym!
Naburmuszony Teddy wstał i wybiegł z pokoju. George krzyknął za nim:
-Więcej naleśników dla mnie...!
Jednak widząc karcący wzrok swojej matki, powiedział:
-No dobrze, już dobrze...- i wyszedł za Teddy'm.


Gdy tylko Teddy zniknął w szkarłatnych płomieniach, Ginny nie opanowała śmiechu. Powiedziała, wciąż chichocząc:
-Już poszedł.
I w tym momencie Harry wyłonił się spod peleryny niewidki, też rechocząc.
-Jak myślisz? Uwierzył?
-Chyba tak.- odpowiedział Harry.
Przez resztę czasu dekorowali pokój, nadmuchując za pomocą magii balony helem, wieszając łańcuchy, transparent z napisem "Wszystkiego najlepszego, Teddy!" i wiele, wiele innych. Ginny przygotowała tort i resztę smakołyków. Pokój wyglądał wspaniale.
-To ja pójdę po Teddy'ego.- powiedział Harry.
-Zaraz wracajcie.- zaśmiała się Ginny, całując męża na pożegnanie.


Teddy siedział naburmuszony w salonie Nory. Nie chciał z nikim rozmawiać, czując żal do całej rodziny. Przez głowę przechodziły mu nawet myśli, że jakby jego rodzice żyli, to na pewno nie zapomnieliby o jego urodzinach. Nagle usłyszał trzask w kominku i głos Molly:
-No, już jesteś! Chyba jest na nas trochę zły, bo....
Teddy wstał, spodziewając się Ginny w progu. Zamiast tego, ujrzał mężczyznę o czarnokruczych włosach i zielonych oczach, kryjącymi się za okrągłymi okularami.
W pierwszej chwili chciał podbiec do wujka i mocno go przytulić. Bardzo kochał swojego wujka i cenił jego odwagę. Zawsze chciał być taki, jak on. Szybko jednak przypomniał sobie o swojej złości i podszedł niechętnie do Harry'ego.
-Będziemy za 10 minut.- powiedziała Molly.
Teddy był jednak tak sfrustrowany, że tego nie dosłyszał ,a jego włosy zmieniły kolor na czerwony. Harry widział to powiedział pospiesznie:
-Spokojnie Teddy, bo zaraz nam wybuchniesz.- zaśmiał się Harry.
Chłopiec jednak nie był skory do żartów. Wszedł za wujkiem do kominka, nawet nie żegnając się.
To co ujrzał w tej chwili, wprawiło go w głęboki szok. Stał tak wpatrzony przed siebie, zastanawiając się, czy trafił do właściwego kominka.
W pokoju stali: Ginny, Hermiona, Ron, Bill, Fleur, Victorie oraz Artur. Harry pośpiesznie do nich dołączył i teraz wszyscy razem krzyknęli:
-Wszystkiego najlepszego, Teddy!
Chłopiec nie mógł uwierzyć własnym oczom. Natychmiast podbiegł, by wyściskać każdego. Zatrzymał się dłużej przy Ginny, jednak Harry'ego przytulał najdłużej.
-Myślałeś, że naprawdę zapomnieliśmy?- zapytał Harry, śmiejąc się.
Teddy nie zdołał nic odpowiedzieć, zdając sobie sprawę, jaki był dla wszystkich gburowaty.
Jednak nikt się na niego nie złościł, co potwierdziło przybycie Molly i Georga.
Chłopiec był bardzo szczęśliwy. Dostał wiele wspaniałych prezentów, to fakt, ale najbardziej cieszył się z obecności rodziny. I z tego, że jednak nikt nie zapomniał...
Impreza trwała w najlepsze. Teddy już zdążył pokłócić się z Victorie, ale szybko się pogodzili, a dziewczynka pocałowała nawet Teddy'ego w policzek.
W prawdzie, przyjęcie po wielu godzinach dobiegało końca, ale mimo to, Harry zezłościł się, gdy dostał list, wzywający go do Ministerstwa. Przecież wziął dzisiaj wolne...
Przeczytał jednak, czym jest to spowodowane. Przestraszony szepnął coś Ginny, wybiegł z domu i deportował się.
Teddy na początku poczuł żal do wujka, jednak zaraz przyćmił to strach. A co, jeżeli wujek znów poszedł na bitwę? Jeżeli mu się coś stanie?
Ginny starała się udawać, że nic się nie stało, a gdy Teddy pytał, gdzie wujek, to w nerwach odpowiadała, że musiał pilnie deportować się do Ministerstwa i na pewno niedługo wróci.
Chłopiec, czując, że coś jest nie tak, dopytywał się ciotki, co tak naprawdę się stało, jednak ona trzymała się swojej wersji.
Wkrótce wszyscy goście ulotnili się; oprócz Rona i Hermiony.
Rozmawiali o czymś w kuchni, a Ginny nerwowo spoglądała na zegar.
Teddy nie omieszkał ich podsłuchać, a po chwili zdał sobie sprawę, że znów nie dopilnował wujka.

piątek, 6 marca 2015

28. Witaj, Hogwarcie!



Harry tamtej nocy nie poszedł spać. Ciągle w lekkim szoku, usiadł na kanapę i zaczął się bacznie rozglądać. Czekał, aż pojawi się Voldemort. Ale to się nie stało.
Sam nie wierzył w swoje szczęście. W sumie, to już nawet zapomniał, jak to jest, gdy nie widzi się wszędzie Voldemota.
Chociaż czuł piasek w oczach, to wiedział, że nie zaśnie. Wciąż był pewny, że zza rogu wyjdzie Voldemort, by zaraz zniknąć z jego oczu. Ale tak nie było.

Ginny obudziła się, sądząc, że ma obok siebie swojego męża. Chciała przysunąć się do niego bliżej, ale poczuła pustkę, co w rezultacie musiało wyglądać bardzo głupio.
Spojrzała na zegarek: 6:00. Harry powinien jeszcze spać.
Powoli zeszła na dół, z różdżką w dłoni. Nic nie wskazywało, że ktoś tu walczył, lub czegoś szukał. Zobaczyła tył głowy chłopaka, o kruczo-czarnych włosach, bardzo potarganych, pomimo, że mężczyzna często sobie je przeczesywał dłonią. Siedział na kanapie, wyraźnie zamyślony.
Ginny podeszła do niego przestraszona:
-H-Harry?- bąknęła.- Coś się stało? Znowu nawiedził Cię we śnie?
Miała oczywiście na myśli Voldemorta.
-Nie.- odparł Harry z uśmiechem, wyrwany z zadumy.- To znaczy... stało się coś... coś dobrego.
I nie omieszkał opowiedzieć jej wszystkiego, co się stało tej nocy.
-Harry...- szepnęła Ginny.- To.. to świetnie!

Spędzili naprawdę miły poranek. Harry trochę z niechęcią wyszedł do Ministerstwa.
W pracy, tak ja się spodziewał, wszyscy dalej wlepiali w niego wzrok, jakby bali się, że zaraz ich zaatakuje. A wyglądał na pewno jeszcze gorzej, w końcu nie spał prawie całą noc...
Ale nie obchodziło go to zbytnio... Szedł z lekkim uśmiechem na twarzy, co pewnie obserwujący go czarodzieje uznali, za złowieszczy i niebezpieczny.
Natknął się na Watson'a. Ten patrzył na niego z lekkim przygnębieniem i niepokojem.
-Potter!- wykrzyknął, jakby zdumiony.- Dogadałeś się z Harrisem?
Harry odpowiedział tajemniczo:
-I tak, i nie...
Mówił pełny optymizmu, jakby właśnie wypił felix'a felicis'a.
-Nie pogrywaj sobie, ze mną, Potter!- zdenerwował się jego szef, po czym zniżył głos, bo zauważył, że ludzie przyglądają się tej scence z zainteresowaniem.- Jeżeli Sam-Wiesz-Kto, dalej Cię nawiedza...
-Ależ ja mówię prawdę, szefie!- powiedział dziarsko Harry.- Co prawda, Harris niewiele pomógł mi w pokonaniu leglimencji, ale poradziłem sobie... I mam nadzieję, że dogadali się panowie w sprawie Hogwartu.
Odwrócił się na pięcie, nie przejmując się kompletnie sfrustrowaną miną Watson'a. Jednak mina też mu trochę zrzedła, gdy zdał sobie sprawę, że trochę za głośno powiedział słowo 'LEGLIMENCJA'. Teraz każdy patrzył na niego z lekkim przerażeniem, ale już nie dlatego, że uważają go za wariata... no może trochę, ale dlatego, że dobrze wiedzieli, co znaczy ów słowo.
Harry uśmiechnął się do nich lekko i ruszył w stronę Hermiony i Rona, którzy też tu byli. Powitał ich, jak gdyby nigdy nic, lecz Hermiona szarpnęła go za ramię, sycząc mu do ucha, że porozmawiają u niego w gabinecie. Początkowo Harry czuł się trochę urażony, zwłaszcza, że wprasza się do jego gabinetu, ale to szybko uszło.
-No więc?- zapytał, gdy Hermiona zabezpieczyła drzwi. Kobieta patrzyła na niego z wyrzutem.
-HARRY!- warknęła głośno.- Czy ty naprawdę jesteś bezmyślny, jak ostatnio Cię opisywano!? Dlaczego tak beztrosko mówiłeś sobie, że jesteś pod wpływem leglimencji, gdy wszyscy obserwowali Ciebie i Watson'a!? Czy wiesz, co ludzie będą teraz gadać...?
-Że byłem pod wpływem leglimencji i nie jestem wariatem. Tak, chyba wolę już tą wersję.- wzruszył ramionami Harry, lecz w głębi duszy było mu bardzo głupio, że się wygadał.
-Jak to BYŁEŚ?- przyjaciółka spojrzała na niego ze zdziwieniem, jakby cała złość uszła.
-Pokonałem leglimencję! Voldemort już mnie nie dręczy...
-Och, Harry!- wyrwało się radosnej Hermionie, która teraz podbiegła, by rzucić mu się na szyję. Ron jednak stał jak wryty.
-T-to ty byłeś pod wpływem LEGLIMENCJI?!- wydukał.- Ale kto?
Hermiona nagle puściła jego szyję i spojrzała na niego.
-No właśnie! Dlaczego my nic nie wiemy? I o co chodzi z tym Harris'em?
Harry zauważył, że Hermiona zarumieniła się lekko, gdy wypowiedziała nazwisko byłego profesora. Kiedyś 'potajemnie' czuła do niego miętę...
I Harry wyjaśnił im wszystko. Od owej chwili, gdy Harris go odwiedził, aż do momentu, gdy pokonał wytworzonego w jego głowie 'Voldemorta'.
-Ale... Harry..- Hermiona zrobiła bardzo hermionową minę, którą Ron i Harry znali ze szkoły.- Ale... to jest nielogiczne... Przecież zaklęcie powinno przelecieć przez Voldemorta, bo to był wytwór wyobraźni...
-Ach, czy to ważne?- żachnął się Ron. Podszedł do Harry'ego i z uśmiechem klepnął go w plecy.- Harry wrócił z wariatkowa!
Harry i Ron zaśmiali się pod nosem, ale Hermiona nie dała za wygraną.
-Ale... myślicie, że ten śmierciożerca... no umarł, czy coś mu się stało? W końcu, to musiało na niego jakoś wpłynąć, a skoro użyłeś zaklęcia uśmiercającego...
Uśmiech spełzł z twarzy Harry'ego, lecz Ron  natychmiast powiedział:
-Daj spokój, Hermiono! Nawet jeśli, to nie ma czym się zamartwiać! Zasłużył sobie!
Ale ta zagadka dalej nurtowała całą trójkę.

Gdy Harry wrócił do domu, od razu powitał Ginny i Teddy'ego. Ten drugi, nie mógł się doczekać powrotu swojego wujka. Harry nie mógł jednak od razu ruszyć do zabawy z chłopcem, bo w szybę zapukała sowa. Była to zwykła płomykówka.
Harry otworzył okno, by sowa wleciała. Za chwilę zaczął czytać:

Drogi Harry!
Obawiam się, że jedyny sposób na leglimencję to oklumencja. Wiem, że nigdy Ci ona nie szła, ale liczę, że tym razem pójdzie Ci lepiej.

Napisz proszę, kiedy chciałbyś zacząć lekcje. Myślę, że im szybciej, tym lepiej, bo Profesor McGonagall wyczekuje Cię w Hogwarcie.
Edward Harris.

Harry natychmiast wziął się za pisanie długiego listu, w którym wszystko mu objaśnił.

Następne dni Harry spędzał w gronie najbliższych, a był to naprawdę szczęśliwy czas.
Harry dobrze znał swoje życie. Spodziewał się, że to może być po prostu cisza przed burzą, ale nie zamartwiał się tym na zapas, bo po co sobie psuć sobie dobry humor? Napawał się chwilami szczęścia u boku żony, przyjaciół i reszty rodziny.
Gdy przyszedł luty niespodziewanie napadało jeszcze więcej śniegu. Teddy cieszył się na myśl o bitwach na śnieżki, ze swoim wujkiem, jednak cały plan szlag trafił, gdy dowiedział się, że Harry będzie teraz uczył w Hogwarcie.
Oczywiście tylko w poniedziałki i czwartki. Na pozostałe dni miał wracać normalnie do domu, nie zamierzał mieszkać w szkole.
Po prostu w każdy poniedziałek i czwartek deportował się do Hogsmeade, a stamtąd już niedaleko do szkoły.
Tak więc w pierwszy poniedziałek lutego deportował się do ów miasteczka, by ruszyć w stronę wielkiego zamku. Czuł lekki niepokój... Jak przyjmą go uczniowie? Może będą źli, bo bardzo lubią Harrisa?
Tego dnia na śniadaniu usiadł przy stole nauczycielskim, obok Nevill'a. Nikt jeszcze go nie zauważył, bo każdy pogrążony był w rozmowie.
Jednak przed wystawieniem deserów Profesor McGonagall niespodziewanie wstała.
-Moi drodzy... Mamy drobne zmiany w gronie nauczycieli. Profesor Harris, uczący Obrony Przed Czarną Magią jest zabieganym człowiekiem. Pewna osoba zgodziła się mu pomóc, jednak będzie on uczył w naszej szkole jedynie w poniedziałki i czwartki, pełniąc jednocześnie funkcję Aurora i nauczyciela. Powitajcie Profesora Potter'a.
W sali rozległy się szepty niedowierzania. Jednak wszystko się potwierdziło, gdy Harry wstał i kiwnął głową. Każdy był zdumiony.
Najpierw wstali Jake i Timmy, gryfoni, których Harry poznał na siódmym roku nauki w Hogwarcie. Byli wtedy w pierwszej klasie, teraz są już w piątej.
Klaskali i wiwatowali głośno. Prawie natychmiast dołączył się Neville, potem Hagrid. Następnie pomogła im reszta Gryfonów, którzy wiwatowali najgłośniej. Krukoni i Puchoni także klaskali głośno. Część Ślizgonów też poklaskiwała cicho, ale byli to nieliczni.
Harry poczuł lekkie wzruszenie. Potem wszyscy ucichli jak na znak, wyczekując najwyraźniej przemowy Harry'ego. Ten jednak usiadł, nie mogąc wykrztusić z siebie ani jednego słowa.

Harry swoją pierwszą lekcję miał z pierwszoroczniakami, więc nie stresował się tak bardzo. Czuł jednak lekki ucisk w żołądku.
Gdy wszedł do klasy, natychmiast zapadła cisza. Harry poczuł się nieswojo.
Zaczął wyczytywać listę osób, by lepiej ich poznać. Po kilku przerażonych osobach, Harry powiedział:
-Och, dajcie spokój. Co wy tacy wystraszeni? No przecież Was nie pozabijam.
Jednak te słowa nie dodały otuchy kolejnym wyczytanym.
Harry nagle zdał sobie sprawę, dlaczego są tacy przerażeni. Po prostu, naczytali się tych głupot w 'Proroku' o tym, że jest zbzikowany.
-Ach, teraz rozumiem.- westchnął Harry.- Po prostu czytaliście 'Proroka', tak? Nie jestem wariatem. Fakt, zachowywałem się dziwnie ostatnimi czasy, ale to tylko dlatego, że byłem pod wpływem leglimencji.
Harry nie bał się tego powiedzieć, bo wiedział, że 11-letnie dzieci nie mają jeszcze pojęcia, co to jest.
Nie przewidział jednak, że wszyscy będą tacy ciekawscy.
Jakiś niski, pulchny chłopiec zapytał:
-A co to takiego?
Harry ponownie westchnął.
-To rodzaj czarnej magii. Będziecie się o nim uczyć, ale to jeszcze kilka lat przed Wami.- powiedział, wlepiając wzrok z powrotem w listę.
-To może Pan nam powie?
-Co? Ja?- bąknął Harry.- Nie, nie powinienem....
Nikt jednak nie dawał za wygraną. W klasie rozległy się głosy, proszące Harry'ego o jakiekolwiek wyjaśnienie.
-No dobrze!- powiedział niepewnie Harry po chwili, trochę zrezygnowany.- Leglimencja, to rodzaj czarnej magii, jak już wiecie. Gdy ktoś opanuje go dostatecznie, może wpływać na myśli, wyobraźnię, sny i uczucia ofiary. Vol...- Harry urwał, by poprawić się.- Sami-Wiecie-Kto był mistrzem, jeśli chodzi o leglimencję i skutecznie ją na mnie stosował. Jedynym sposobem na pokonanie leglimencjii jest oklumencja, która nie szła mi za dobrze...- powiedział, w zamyśle, a każdy patrzył na niego z zaciekawieniem.- Och, już i tak za wiele powiedziałem. Wróćmy do naszej listy...
-Skoro oklumencja Panu nie szła, to jak Pan sobie poradził?- z końca klasy doszedł go głos jakiejś dziewczynki.
-Po prostu... musiałem się na to godzić. A po jakimś czasie Sami-Wiecie-Komu się to znudziło. Jednak ostatnio jakiś śmierciożerca zastosował na mnie jego taktykę, ale był w tym trochę kiepski, więc odbyło się bez oklumencji.. Ale dobra, naprawdę starczy!
Reszta lekcji poszła o wiele lepiej.

Jeszcze tego dnia, cała szkoła już wiedziała, że Harry Potter był pod wpływem legimencji, dlatego zwariował. Ale nie dlatego, że Harry opowiadał o tym wszystkim... nie, wręcz przeciwnie. Nie puścił pary z ust. Ale oczywiście pierwszoroczniaki rozpowiedzieli wszystkim o tym, co powiedział Harry.
Harry szybko stał się ulubionym nauczycielem. Uczniowie lubili jego lekcje, bo Harry często stosował praktykę, tak jak kiedyś, gdy nauczał w GD.
Poza tym.. prowadził je Harry Potter.
Prasa szybko dowiedziała się prawdy, chociaż Harry nie miał pojęcia jak. Skeeter szczegółowo opisała, jak to Harry był pod wpływem leglimencjii, dodając kilka faktów od siebie.
Harris śmiał się, że uczniowie czekają na poniedziałki i czwartki, a gdy widzą go, to są lekko zawiedzeni. Harry'emu było trochę głupio, ale był szczęśliwy. Oczywiście dręczyły go natarczywe spojrzenia ciekawskich, niczym za szkolnych lat, ale Harry'emu aż tak to nie przeszkadzało.
Mężczyzna wolał przebywać w Hogwarcie, niż w Ministerstwie Magii. W końcu to z niego wywodziły się wspomnienia.


środa, 4 marca 2015

27. Dobra rada Dumbledore'a.



Była połowa stycznia. Śnieg za oknem powoli topniał i zrobiła się chlapa.
Czarnowłosy mężczyzna w okrągłych okularach zmierzał błotnistą drogą w szacie Aurorskiej.
Nagle zatrzymał się wpatrzony w jeden punkt. Za chwilę jednak ocknął się, przeczesał nerwowo dłonią swoje czarne włosy i ruszył dalej, by się deportować.
Harry'emu polepszyło się trochę. W sumie... nie wiadomo, czym było to spowodowane.
Wątpił, że Świętym Mungiem. Tak, Harry leczył się w  Świętym Mungu.
Molly, gdy tylko dowiedziała się, w jakim stanie jest jej zięć, to od razu zapisała go do uzdrowiciela.
Uzdrowiciel ten, gdy dowiedział się, co Harry'ego dręczy lekko się przeraził. Podawał mu jakieś eliksiry i inne ziółka, które smakowały jak...
Nie ważne. W każdym razie, sekretarka, która miała listę wszystkich pacjentów szybko wygadała się Skeeter, na jakim oddziale leczy się Harry Potter. Więc kilka dni później ujawnił się artykuł, że Potter jest chory psychicznie.
Harry już nie reagował, tak jak wcześniej... nie upadał, tym bardziej nie mdlał. Po prostu, gdy zobaczył Voldemorta zatrzymywał się w miejscu, patrząc czujnie w tamten punkt. Gdy coś akurat mówił, ucinał w połowie zdania.
Teraz chłopak szedł pierwszy raz do pracy, od czasu, gdy dostał urlop.
Gdy tylko wszedł do Ministerstwa Magii, zapragnął jednego- dostać się do swojego gabinetu i zająć się papierkową robotą, nie spotykając nikogo po drodze.
Jednak nie było to takie łatwe- cały czas towarzyszyły mu natrętne spojrzenia. Miał ochotę krzyknąć, by się odczepili, zajęli się sobą, ale wiedział, że wtedy będą uważać go za jeszcze większego wariata.
Ludzie obserwujący wokół na pewno się zdziwili, gdy mężczyzna zatrzymał się nagle, wpatrując się w jeden punkt, by zaraz otrząsnąć się i ruszyć dalej.
Nagle ktoś złapał Harry'ego za ramię. Chłopak odruchowo uniósł różdżkę, lecz szybko ją schował, gdy zobaczył przed sobą swojego szefa.
-Witaj wśród żywych, Potter.- Watson uśmiechnął się lekko.- Jeśli możesz, to chodź za mną do mojego gabinetu.
Czarnowłosy mężczyzna chyba nie miał większego wyboru, więc posłusznie ruszył za Watsonem.
Gdy jego szef zamknął drzwi od swojego gabinetu, zapytał:
-Tak więc? O co chodzi?
-Musisz mi powiedzieć Potter, co się z Tobą dzieje. Czytałem 'Proroka' i...
-Jeszcze nie oszalałem.- przerwał mu Harry.- Chyba... W każdym razie, nie mam zamiaru nikomu się spowiadać, czy jestem wariatem, czy też nie.- uciął ostro.
Watson trochę poczerwieniał.
-Potter! Uważaj co mówisz!- zezłościł się.- Jesteś naprawdę BEZMYŚLNYM, ale bardzo cenionym Aurorem... Jesteś bardzo dobry w tym, co robisz, wszyscy Cię tu szanujemy, miałeś W z owutemów z Obrony Przed Czarną Magią..
-Do czego to prowadzi?!
-A do tego, że jeżeli mi nie powiesz, to będę zmuszony Cię zwolnić, a to by była duża strata dla Ministerstwa!- Watson podniósł głos.- Muszę wiedzieć, w jakim stanie psychicznym jest jeden, z naszych najlepszych Aurorów.
Harry prychnął. Nawet jeśli to prawda, to i tak Watson mówi to, by go udobruchać.
- Jeżeli jesteś w bardzo złym stanie, to nie będziemy mogli wysyłać Cię na misje...
-Ale jak sam widzisz, jest w porządku!- wybuchnął Harry, zapominając do kogo właśnie się zwraca.- Jestem to, stoję na nogach i wie...
Nie dokończył. Nagle spojrzał w jeden punkt. Wpatrywał się w niego, z wiadomych powodów. Szybko jednak odwrócił wzrok i jak gdyby nigdy nic patrzył zielonymi oczami na swojego szefa.
-Na Brodę Merlina, Potter!- wykrzyknął sfrustrowany Watson.- Co się z Tobą dzieje! Jakbyś odleciał tak podczas walki ze śmierciożercami, to...
-VOLDEMORT!- wybuchnął Harry, rzucając zaklęcie na drzwi.- Widzę go wszędzie!
Watson aż przysiadł. Złapał kartkę pergaminu i wydukał:
-H-Harry... Ja... ja znam kogoś, kto może Ci pomóc...- wyjął sowę z klatki i wręczył jej list.- Jest pewien Auror, który...
-Nie potrzebują niczyjej pomocy!- Harry ruszył do drzwi.- Jakoś sobie radzę! A teraz pozwól, szefie, że wrócę do swojej roboty.
I wyszedł, trzaskając drzwiami. Nie zwracał uwagi, że każdy obserwował go bacznie. Ruszył przed siebie.
Nagle ktoś dotknął jego ramienia. Harry obrócił się na pięcie i warknął głośno:
-CO ZNOWU!?
Przed sobą zobaczył Rona z nietęgą miną.
-Och, wybacz Ron... Myślałem, że to ktoś inny.
-W porządku. Jak sobie radzisz?
-Ciągle to samo... Gdzie się nie obrócę tam...
Nie dokończył. Ale nie dlatego, że zobaczył Voldemorta. Po prostu każdy 'przechodzący' obok wyłaził ze skóry, by ich podsłuchać.
-Pogadamy później. Watson już zrobił mi przesłuchanie, więc wystarczy, że on już wie.- spojrzał pogardliwie na podsłuchiwaczy. Uniósł w geście pożegnania dłoń i ruszył do gabinetu.
Szedł korytarzem, gdzie z 'niewiadomych' powodów było więcej ludzi niż zwykle. Westchnął i wsiadł do windy, a za nim jeszcze kilka osób. Usłyszał kobiecy głos:
-Co z Tobą?
-Nic Ci nie powiem, nawet na to nie licz...
Jednak zrozumiał, że powiedziała to Hermiona. Po raz kolejny zachował się chamsko w stosunku do przyjaciół.
-Wybacz, Hermiono...- powiedział Harry, zastanawiając się, jakby porozumieć się z nią szyfrem, by nie powiedzieć za wiele.- Nie jest lepiej, ani gorzej. Często się ujawnia i przeżyłem już dzisiaj przesłuchanie na ten temat, więc mój Pan już wie. Pogadamy później.
I wyszedł, bo winda akurat się zatrzymała. Ludzie w windzie mięli zdziwione miny, Hermiona jednak dobrze go zrozumiała.
Harry już się zbliżał do swojego gabinetu, gdy usłyszał kolejny głos. Z niechęcią się obrócił i flesz aparatu go oślepił. Przemawiała do niego kobieta:
-Witam, jestem Rita Skeeter i...
-Wiem, kim jesteś.- mruknął Harry.
-Chciałabym udzielić z Panem wywiadu...
-Nic Pani nie powiem. Wszystko ze mną w porządku. Przepraszam, ale muszę wrócić do pracy.
Harry zatrzasnął kobiecie drzwi przed nosem, nie zastanawiając się nad tym, że prawdopodobnie w następnym 'Proroku' ukaże się artykuł, że jest z nim coraz gorzej.
Zasiadł za biurkiem, przeglądając papiery.
Miał nadzieję, że będzie miał już spokój, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Zignorował je, jak gdyby nic nie usłyszał. Pukanie jednak stało się trochę natarczywe, więc rzucił niedbale:
-Proszę.
Ujrzał wysokiego mężczyznę o niebieskich oczach, w średnim wieku. Natychmiast wstał.
-Profesorze Harris!
-Witaj, Harry! Na Brodę Merlina, jak ja Ciebie dawno nie widziałem!- powiedział ze swoim uśmiechem na twarzy.
Harry odwzajemnił uśmiech. Bardzo lubił tego nauczyciela, a ostatni raz, gdy go widział, to było to wtedy, gdy trafił do Świętego Munga, po walce ze śmierciożercami.
-Ja też Pana dawno nie widziałem! Niech Pan usiądzie.
Gdy Harris zrobił to, Harry kontynuował:
-Jak w Hogwarcie?
-W porządku.- Harris trochę zmarkotniał.- Ale trochę ciężko jest mi połączyć obowiązki Aurora i nauczyciela.- westchnął.
Harry kiwnął głową.
-Ale jestem tu, by z Tobą porozmawiać. Wiem, że ostatnio coś Cię trapi.
Teraz i Harry usiadł, wzdychając. Więc do niego napisał Watson.
-Tak, ale...
-Powiedz mi, Harry. To może być poważniejsze, niż Ci się wydaje.
Harry z niechęcią opowiedział mu o tym wszystkim. Harris milczał. Był wyraźnie zmartwiony:
-Harry... Ja nie wiem jak Ci to powiedzieć... Więc myślę, że jakiś śmierciożerca nauczył się leglimencji i...
Ucichł, gdy Harry spojrzał na niego.
-S-słucham?
-Leglimencja. To taki rodzaj czarnej magi, który...
-Wiem, co to leglimencja.- uciął Harry.- Kiedyś Voldemort używał jej wobec mnie, ale trochę w innej formie. Dochodził do mnie poprzez sny..
Ucichł, bo obok Harris'a stał Voldemort. Wpatrywał się w niego.
-Harry?
Chłopak ocknął się.
-Znowu...- mruknął.
Harris przypatrywał się mu z zainteresowaniem.
-Więc opanowałeś oklumencję?
-Nie.- Harry skrzywił się na wspomnienie swoich lekcji ze Snape'm.- Czy to konieczne?
-Sam już nie wiem...- westchnął Harris.- Być może znajdzie się jakiś inny sposób, ale obawiam się, że szanse są nikłe.
-Rozumiem.
Harry wpatrywał się w swoje adidasy. Ile by dał, by nie uczyć się oklumencji. To zawsze była dla niego udręka.
-Jeszcze jedno, Harry.
Chłopak podniósł wzrok na Harrisa.
-No więc... Jak już mówiłem... Ciężko jest mi pogodzić obowiązki Aurora i nauczyciela. I mam pewną propozycję.- Harry drgnął lekko.- Gdy już wszystko wróci do normy... To chciałbym Cię prosić o pomoc... W jakie dni pełnisz wartę w Hogwarcie?
-Poniedziałki i czwartki.
-Świetnie. Tak więc mógłbyś wtedy zastępować mnie? Ja bym Ci dawał materiał, który trzeba przerobić, a ty byś pełnił w szkole funkcję jednocześnie nauczyciela i Aurora. Ja bym wtedy przybywał do Ministerstwa...
Harry ze zrozumieniem kiwnął głową. Po prostu mężczyzna sobie nie radził.
-Przykro mi, że muszę Cię o to prosić. Ale to tylko te dwa dni w tygodniu... Profesor McGonagall już się zgodziła, więc jakbyś mógł...- spojrzał błaganie na Harry'ego.- Ja oczywiście dogadam się z Panem Watsonem.
Harry miał wahania nastroju. Z jednej strony, to jakby nie patrzeć nowe zadania, obowiązki, mniej czasu dla rodziny...
Ale z drugiej? Powrót do Hogwartu... Spotkanie Nevill'a i Hagrida... może nawet Harry załapałby się na jakiś mecz quidditcha?
Uśmiechnął się pod nosem. Przecież raz już był wykładowcą w Hogwarcie... I dowódcą GD...
Tak... To nie byłoby takie trudne. A z resztą... to tylko dwa dni w tygodniu.
I bardzo chciał pomóc Harris'owi. Bo co by wtedy zrobił, gdyby ten nie zabrał go do Munga?
-To będzie dla mnie zaszczyt, Panie Profesorze.
Harris uśmiechnął się i uścisnął mu serdecznie dłoń.
-Bardzo dziękuję, Harry! Tak więc... Ja się odezwę, gdy będę coś wiedzieć na temat tej leglimencji...
-Mam nadzieję, że Pan coś znajdzie...- mruknął Harry.- Nienawidzę oklumencji.
Harris zachichotał cicho i obrócił się w stronę drzwi.
-Zaczniesz więc, gdy wydobrzejesz. Ja idę do Pana Watsona.- powiedział, otwierając drzwi.- A... jeszcze coś, Harry. Gratuluję dziecka.
Wyszedł, zanim Harry zdążył cokolwiek powiedzieć.


Ginny krążyła po kuchni, zastawiając stół. Teddy już spał, wyczerpany po całodniowej zabawie w błocie. Chciała coś przygotować, by Harry miał umilony powrót.
Po prostu bardzo się o niego martwiła. I wiedziała, że ten pierwszy dzień na pewno nie był łatwy, po tym co powypisywała Skeeter.
Spojrzała na zegar. Wskazówka Harry'ego właśnie przestawiła się z "Podróż" na "Dom".
Podbiegła do przedpokoju i ucałowała swojego męża w policzek.
Gdy ten zdjął kurtkę złapała go za rękę i zaprowadziła do kuchni.
Harry się zdziwił na widok przygotowanej kolacji. Nie spodziewał się tego w ogóle.
-Och, Ginny...- wyjąkał.
-Siadaj.
Usiedli naprzeciwko siebie, a zaczarowany półmisek sam podleciał, by małżeństwo mogło sobie nałożyć potrawy.
Harry i Ginny rozmawiali długo o tym, co się dzisiaj stało. Chłopak dokładnie opowiedział swojej żonie o propozycji Harrisa. No i o leglimencji...
Ginny trochę się przestraszyła, gdy to usłyszała.
On jednak nie był tym jakoś zmartwiony. Powiedział, że być może odbędzie się bez oklumencji, a to  byłoby mu bardzo na rękę. No i okazało się, że jednak nie zwariował...
Na koniec powiedział:
-Z wielką chęcią wrócę do Hogwartu, ale trochę mi głupio...- westchnął.
-Czemu? Przecież McGonagall bardzo Cię lubi...
-Nie w tym rzecz. Po prostu... ostatnio Was zaniedbałem... Ciebie i małego..
Ich spojrzenia spotkały się.
-Nie przejmuj się... Rozumiem to..
-Wynagrodzę to Wam. Na pewno.
Ginny przez chwilę zastanawiała się nad tym co powiedział, gdy ten ciągnął:
-I bardzo dziękuję Ci za tę kolację. Nie spodziewałem się, więc głupio mi jeszcze bardziej.
Wstał i uklęknął przy niej. Pocałował ją lekko w usta, a ona z rozkoszą mu odpowiedziała.
-Nie złoszczę się.- mruknęła, niczym kotka.
-Kocham Cię.- szepnął Harry.
Ginny już miała odpowiedzieć, że też go kocha, ale Harry nie pozwolił jej. Teraz pocałunki były bardziej namiętne.
A resztę tego wieczoru spędzili w swoich objęciach.


Harry był w nicości. Niczego wokół nie było. Już myślał, że usłyszy znajomy głos swojej matki, jednak usłyszał męski głos. Go też znał.
Ruszył w tamtą stronę, trochę nie pewniej niż zawsze. Ujrzał swojego byłego dyrektora- Albusa Dumbledor'a.
Nie spodziewał się. Uśmiechnął się jednak lekko.
-Witaj Harry.- przemówił Dumbledore, mierząc go wzrokiem spod swoich okularów- połówek, niczym rentgen.
-Dzień dobry, Profesorze.
-Ach, Harry...- powiedział swym spokojnym głosem Dumbledore.- Jak dobrze Cię widzieć. Usiądź proszę.
Chłopak rozejrzał się wokół, zastanawiając się, gdzie ma usiąść.
-Ach, byłbym zapomniał...- mruknął Dumbledore, wyczarowując niewielką ławkę.
Nie była ona w pełni materialna, z resztą tak jak postać stojąca przed czarnowłosym chłopakiem.
Harry postanowił jednak zaufać swojemu byłemu dyrektorowi i spróbował usiąść na ławkę. Przymknął oczy, spodziewając się, że zaraz wpadnie w nicość, jednak nic takiego się nie stało. Dumbledore przysiadł się obok niego, i rzekł:
-No więc, Harry, słyszałem o Twoim powrocie do Hogwartu..
-Tak.- kiwnął głową chłopak.- Jednak trochę to jeszcze potrwa. Prawdopodobnie będę musiał opanować oklumencję, a pamięta Pan chyba moje lekcje ze Snape'm...
-PROFESOREM Snape'm..- przerwał mu Dumbledore.- Pomimo, że on nie żyje, to trzeba mu okazać szacunek. Ale tak, pamiętam. I jestem tu, by dać Ci pewną radę.
Harry przypatrywał się profesorowi z zainteresowaniem, jednak nic nie powiedział.
-Wiem jak to zatrzymać. Ten, który włada Twoim umysłem średnio się zna na tym, co właśnie robi...- zaśmiał się Dumbledore.
-A kto to?
-Nie mogę Ci powiedzieć, Harry. Ale poradzę Ci jedno: przezwycięż swój strach i stań przed nim jak równy z równym.
-Ale co to znaczy? I czemu mi Pan tego nie powiedział, gdy Voldemort władał moim umysłem?
-Nie powiedziałem tego, bo Voldemort był mistrzem leglimencji, Harry.- rzekł spokojnie Dumbledore.- A co to znaczy, musisz domyśleć się sam.
Harry miał jeszcze o coś zapytać, ale ławka zaczęła się nagle wydłużać, a Dumbledore oddalać.

Harry obudził się. Obok niego leżała Ginny, jeszcze go obejmowała.
Wstał powoli. Coś mu mówiło, by pójść do salonu.
Zszedł najciszej jak mógł, by nikogo nie obudzić.
Tak jak myślał- w salonie stał Voldemort.
Harry jednak nie zatrzymał się. Podszedł blisko do Czarnego Pana, że ich nosy by się styknęły... gdyby Voldemort go miał...
-Nie boję się Ciebie.- wycedził przez zęby Harry.- Jesteś fikcją. Nie żyjesz już dawno.
Uniósł różdżkę i powiedział: 'Avada Kedavra'.
Nie bał się wypowiedzieć tego zaklęcia, tylko dlatego, bo wiedział, że walczy z własną wyobraźnią.
Logicznie rzecz biorąc, zaklęcie powinno przelecieć przez tą kreaturę... Ale tak nie było. Ugodziło Voldemorta prosto w serce, a ten nie upadł. Po prostu się rozpłynął, niczym mgła.
Ale Harry wiedział, że właśnie pokonał własny lęk.
I Voldemort już się więcej nie pojawił.


P.S. Jeżeli już tu jesteś, to zostaw komentarz :) Bardzo mnie ciekawi, jak Wam się podoba moje opowiadanie. Dziękuję :)