czwartek, 9 kwietnia 2015

52. Azkaban i Umbridge.


Przyszedł pochmurny marzec. Deszcz często siąpił, a wiatr wiał bardzo mocno.
Od czasu włamania, Harry zaczął śledztwo w sprawie Romildy. Niestety jednak, jak na razie skutków nie było. Harry załatwił im dodatkowe zabezpieczenia na dom, a Stworek dalej im służył.
Ginny czuła się coraz gorzej. Brzuch miała już spory i często zbierało jej się na wymioty. Do tego miała swoje 'humorki' i zachcianki. A z tego, co wiedział, Hermiona tak samo.
Pewnego ranka Harry obudził się przygnębiony- to dzisiaj musi jechać do Azkabanu. Musi po prostu sprawdzić zabezpieczenia i cały stan rzeczy.
Tak więc razem z Ronem deportowali się we wskazane miejsce i popłynęli łódką, by dopłynąć do wielkiego, zniszczonego budynku, otoczonego zewsząd wodą. Gdy do niego weszli, od razu poczuli przygnębienie. Dementorów już tu nie było, ale najwyraźniej jakaś część ich zostanie tutaj na zawsze.
Rozglądali się dosyć niepewnie, gdy podszedł do nich jakiś niski mężczyzna. Spoglądał na nich ze zdziwieniem.
-Gości dzisiaj nie przyjmujemy!
Harry stanął naprzeciwko mężczyzny i przedstawił się, wyciągając do niego rękę.
-Szef biura Aurorów i jego zastępca. Harry Potter i Ron Weasley.
Spojrzenie mężczyzny powędrowało na bliznę Harry'ego. Uścisnął mu niepewnie rękę.
-Alan Walters, strażnik główny. Są tu panowie na inspekcję, tak?
Skinęli głowami.
-No dobrze. Zaraz panów oprowadzę. Panie Weasley, proszę za mną.
Ron spojrzał zdziwionym wzrokiem na Harry'ego i poszedł za Waltersem do jego gabinetu.
Harry rozejrzał się lepiej. Wciąż ogarniało go poczucie smutku i bezsilności. Zaczął się przechadzać po komnacie i spojrzał w pobliski korytarz.
Wnętrzności w nim podskoczyły. Wielki smok pilnował kilku cel, w których siedzieli więźniowie. Teraz spał, ale Harry wiedział, że nie chciałby mieć z nim do czynienia, gdyby się obudził.
Spojrzał na drugi korytarz; to samo. Harry zauważył, że wszystkie smoki mają na nogach grube łańcuchy, które przymocowane były do kamiennych obręczy.
Harry skądś znał tego smoka; to Rogogon Węgierski! Zaczął się zastanawiać, czy może nie jest to ten, z którym zmierzył się podczas Turnieju Trójmagicznego, gdy drzwi od gabinetu Walters'a się otworzyły.
Walters wyszedł pierwszy, nadąsany, a za nim szedł Ron, o głowę o niego wyższy, trzęsąc się ze śmiechu, który z trudem powstrzymywał.
Walters mruknął:
-Za mną.
I wyprzedził ich o kilka stóp. Harry spojrzał pytająco na Rona.
-Spytał się, czy nie załatwię mu Twojego autografu.- szepnął Ron.- Powiedziałem mu, że jak chce to mogę zerwać Ci kilka włosów i zabezpieczyć w foli bąbelkowej.
Harry miał ochotę parsknąć śmiechem. Cieszył się, że Ron odpowiedział tak, a nie inaczej. Dogonili Walters'a, a ten powiedział, wciąż nadąsany:
-Jak widzicie, smoki chronią cele. Ten tu to Rogogon Węgierski...
-Trudno by było, żebym się nie zorientował...- mruknął Harry.
-...ten tutaj to Spiżobrzuch Ukraiński, tamten w korytarzu naprzeciwko to Długopysk Portugalski, w korytarzu na lewo mamy Opalookiego Antypodzkiego...
Dalsza wycieczka po Azkabanie była bardzo przygnębiająca. Nikogo nie opuszczał kiepski nastrój.
Każdą celę, oprócz smoków chronili ochroniarze. Harry nie miał pojęcia, jak oni tu wytrzymują. Gdy przechodzili obok wielkich, metalowych drzwi, zabezpieczonych na kilkanaście spustów, usłyszeli donośne krzyki. Walters wytłumaczył im, że prawdopodobnie tamten więzień właśnie dostaje bzika.
Harry pragnął tylko jednego; w końcu stąd wyjść. To miejsce jest po prostu straszne.
Gdy Harry przechodził obok drzwi, w których były małe okienka z grubymi kratami, często dostrzegał znajomych śmierciożerców- w tym samego Lucjusza Malfoy'a. Bardzo wychudł, a jego niegdyś zadbane, długie blond włosy były teraz brudne i splątane. Gdy zobaczył Rona i Harry'ego rzucił się do drzwi, ale bezskutecznie; do nogi przyczepione miał grube, żelazne łańcuchy.
Harry z zadowoleniem stwierdził, że Azkaban ma dobre zabezpieczenia. Nie takie, jakie były, gdy dementorzy tu urzędowali, ale dobre.
Przez cały czas panowała grobowa i przygnębiająca atmosfera, więc gdy Harry i Ron wychodzili, po głowie kołatała im się tylko jedna myśl- NIGDY więcej Azkabanu. Nigdy.

Harry musiał wrócić do Ministerstwa, by napisać raport. Właśnie usiadł za swoim biurkiem, patrząc na zdjęcie na swoim biurku, na które padały promienie słoneczne. Spojrzał na nie i uśmiechnął się.
Na zdjęciu była Ginny z małym James'em na rękach, a Harry ją obejmował, machając radośnie ręką i uśmiechając się od ucha do ucha. Ginny delikatnie bujała James'a w ramionach i śmiała się do obiektywu.
Teraz Harry spojrzał na zdjęcie, które wisiało na ścianie. Stał na nim Ron, uśmiechając się i obejmując Hermionę, która z czegoś się śmiała, trzymając na łokieć Harry'ego. Ginny trzymała pod ramię Harry'ego. Wszyscy wyglądali na bardzo szczęśliwych i w rzeczywistości też tak było. Nawet nie wiedzieli, jak Harry bardzo ceni przyjaźń z nimi.
Nagle ktoś zapukał do gabinetu. Harry niepewnie spojrzał w tamtą stronę i wychrypiał:
-Proszę.
Otrząsnął się z rozmyślań i wyprostował. Do środka wszedł wysoki, szczupły mężczyzna, miał najwyżej osiemnaście lat. Był widocznie podniecony danym mu zadaniem, bo trząsł się z przejęcia i omotał spojrzeniem bliznę Harry'ego.
-Pan Potter proszony jest do Starej Sali Rozpraw Numer 10.- powiedział z przejęciem chłopak.
Harry skinął głową, zastanawiając się gorączkowo. Znał tą salę, to w niej był przesłuchiwany, gdy miał 15 lat. Ale po co go teraz tam wzywają?
Szybko wsiadł do winy, a za chwile był przed odpowiednią salą. Wszedł do środka.
Byli tam wszyscy członkowie Wizengamotu i sam Minister Magii, Kingsley Shacklebolt. Kingsley powiedział:
-Usiądź, Harry.
Wskazał mu miejsce, niedaleko siebie. Harry, całkowicie zbity z tropu usiadł na wyznaczone miejsce i rozejrzał się. Każdy wpatrywał się w niego, a raczej w jego bliznę na czole.
Po chwili do sali weszło kilka osób, a prowadzili oni kobietę, o ropuchowatym wyrazie twarzy. Ubrana była w różową szatę, a na głowie miała kokardkę takiego samego koloru. Harry nie mógł uwierzyć własnym oczom. Poczuł wstręt, a jednocześnie złość. To Umbridge...
Gdy usiadła, kajdany, które jak dotąd wisiały bezwładnie, oplotły jej ręce. Umbridge nie uśmiechała się jak zawsze, wręcz przeciwnie, na jej twarzy mieszał się wyraz oburzenia, strachu i złości.
Zaczęła się rozprawa; z tego, co Harry zrozumiał Umbridge została oskarżona o niestosowne, a czasem nawet niesłuszne kary stosowane na uczniach w Hogwarcie i prześladowanie mugolaków. Harry mógł się z tym w 100% zgodzić, jednak dalej nie rozumiał, co tu robi. Aż do czasu.
-Wezwałem na tą rozprawę Harry'ego Potter'a, który był w 5 klasie, gdy oskarżona uczyła w szkole.- powiedział Kingsley.- Wiem, że Harry odbywał w tym czasie kary u Pani Umbridge,..- Harry mógłby przysiąc, że na twarzy Kingsley'a pojawił się cień uśmiechu, na wspomnienie o łamaniu regulaminu.- ...więc chcę usłyszeć, co ma na ten temat do powiedzenia.
Wszystkie oczy zwróciły się w stronę Harry'ego, który trochę się zakłopotał. Zrozumiał, że musi wstać, więc zrobił to, nabrał powietrza i zaczął:
-Tak, w tym czasie byłem kary u Pani Umbridge. Zostałem oskarżony o rzekome mówienie kłamstw na temat powrotu Voldemorta..- większość wzdrygnęła się na to nazwisko.-... więc musiałem pisać na kartce "nie będę opowiadać kłamstw". Pisałem jednak piórem, które dała mi oskarżona. Nie było to zwykłe pióro. Pisałem własną krwią, a na mojej dłoni wyryty został rzekomy napis.
Harry uniósł dłoń, na której blizny układały się w napis "nie będę opowiadać kłamstw".
Wszyscy spojrzeli po sobie ze zdziwieniem, a nawet oburzeniem. Harry poczuł mściwą satysfakcję.
-Panie Ministrze, ja naprawdę nie wiem...- zaczęła swoim przesłodzonym głosem Umbridge, jednak Kingsley był wyraźnie oburzony tym, co powiedział i pokazał Harry.
-Proszę o ciszę.- uciął krótko Kingsley.- Myślę, że nie nie wybroni się Pani z tego. Inni uczniowie pytani o Pani sposób karania, mówili to samo.
Umbridge zamknęła usta, a Harry uśmiechnął się widząc wyraz jej twarzy. Teraz zorientował się, że każdy patrzy właśnie na niego, ale nie na bliznę w kształcie błyskawicy, która widniała na czole. Po raz pierwszy każdy patrzył się na inną bliznę na jego ciele- wyryty napis na dłoni. Harry właśnie zdał sobie sprawę, że wciąż trzyma uniesioną dłoń, więc schował ją w popłochu.
-Jest Pani też oskarżona o prześladowanie mugolaków...
Reszta rozprawy toczyła się, a Umbridge pogrążała się z każdym wypowiedzianym przez siebie słodkim głosikiem słowem. I została zesłana do Azkabanu.
I choć Harry nie okazywał tego, to czuł, że zatriumfował tamtego dnia.



środa, 8 kwietnia 2015

51. Stworek.


Harry i Ginny przez chwilę stali i wpatrywali się przed siebie.
-Ale...kto?
-To chyba logiczne!- żachnęła się Ginny, wchodząc do środka i rozglądając się w furii.- Romilda tu była.
-Ale po co? Czego tu szukała?
-Mnie!
Harry'emu coś nieprzyjemnie skręciło się w żołądku.
-Ciebie? Ale chyba nie szukała Ciebie po szafkach, co?
-Jak zobaczyła, że mnie nie ma, to zaczęła czegoś szukać!-oburzyła się Ginny.- Zobaczmy, czy wszystko mamy.
Małżeństwo odłożyło nosidełko z zaniepokojonym Jamesem i zaczęła przeszukiwać wszystko, po drodze potykając się o rozbite rzeczy. Gdy stwierdzili, że na dole wszystko w porządku, weszli na górę. W pierwszej kolejności ruszyli do swojej sypialni.
Gdy otworzyli drzwi, w pierwszej kolejności rzuciło im się w oczy, że wszystkie ubrania Harry'ego są poprzewracane i powywalane z szafy. Harry zaczął przeglądać rzeczy i stwierdził, że nie ma jego zielonego swetra z napisem "szef aurorów", który dostał od Pani Weasley na święta. Ukrywał go na samym dnie szafy.
-Nie ma mojego swetra.
Oczy Ginny przybrały barwę gorzkiej czekolady, a Harry'emu zdawało się, że jej rude włosy są jeszcze bardziej płomieniste niż zwykle.
-A to wariatka!- krzyknęła.- Jak ona może?! Przecież to jest chore!
-Tak, wiem..- mruknął zmieszany Harry. Niewątpliwie, Ginny miała rację. Romilda chyba ma jakąś obsesję..
-Tak się zdrowy człowiek nie zachowuje!- krzyknęła Ginny i kopnęła pobliski stolik, który i tak był już roztrzaskany na kilka kawałków.
Buzowała w niej złość. Ginny przez tyle lat podkochiwała się w Harrym, przez tyle lat ciągle nie przestawała mieć nadziei, tyle lat czekała, aż w końcu ją zauważy. A kiedy się udało, to zjawia się jakaś 'Romilda' i próbuje zniszczyć ich związek, ba, grozi, że ją dorwie!
-Musimy zacząć to ogarniać.- wycedziła przez zęby Ginny.- Reparo!
Stołek, który przed chwilą kopnęła, złączył się w całość i wyglądał jak nowy.
-Poczekaj.- powiedział Harry, łapiąc ją za ramię.- Chyba powinniśmy iść do Nory, zaraz będą się bali, że coś się stało, a jeśli tu przyjdą...
-Dobra.- mruknęła Ginny.- Ty idź, tylko nie mów im co się stało i zaraz wracaj, bo sama sobie z tym wszystkim nie poradzę.
Harry'emu nagle wpadł do głowy pewien pomysł.
-Stworek...- rzucił w przestrzeń.
Ginny spojrzała na niego zaskoczona. Oboje podskoczyli, bo usłyszeli za sobą donośny trzask.
-Pan wzywał Stworka?- skrzat ukłonił się.
-Tak, Stworku. Masz pomóc Ginny w sprzątaniu, ja zaraz wrócę.
-Tak jest, Stworek zrobi co w jego mocy.- skrzat ponownie się ukłonił, po czym powiedział pod nosem:- Pan pewnie myśli, że jak tak wezwie Stworka po latach, to wszystko będzie w porządku, nie, Pan się myli, bardzo się myli...
Harry obrócił się na pięcie i spojrzał na starego skrzata.
Fakt, dawno go nie wzywał, ale po prostu nie było takiej potrzeby. Ostatnio, gdy się widzieli, to skrzat lubił Harry'ego, bo ten mu dał przedmiot, który należał niegdyś do Regulusa Black'a.
-Stworku, nie było potrzeby, żebym Cię wzywał.
-Oczywiście, Panie.- skrzat ukłonił się nisko, po czym znów zaczął mruczeć pod nosem, najwyraźniej myśląc, że nikt go nie słyszy.- Stworek przecież nie jest nikomu potrzebny...
-Stworku..- westchnął Harry.- Daj spokój. Nie wzywałem Cię, bo nie było takiej potrzeby. Teraz jesteś potrzebny, więc proszę rób to, co należy do Twoich obowiązków. Ginny będzie sprzątała tu, a ty idź na dół.
Skrzat po raz kolejny się ukłonił, zszedł na dół, gadając coś cały czas do siebie. Harry podszedł do Ginny, pocałował ją w policzek i powiedział:
-Zaraz wrócę. Hej, głowa do góry. Znajdziemy tą Romildę, jutro dodam ją do akt poszukiwanych.
Spojrzeli sobie w oczy. Ginny przełamała się pod jego pełnym troski spojrzeniem i kiwnęła głową. Harry pocałował ją delikatnie, a ona nie miała ochoty od niego się oderwać. Niestety, chwilę później Harry zszedł na dół, a Ginny patrzyła w tamtą stronę z utęsknieniem.
Na dole Stworek niedbale przerzucał rzeczy. Harry podszedł do niego i powiedział:
-Proszę Cię o jeszcze jedno. Miej oko na moją żonę, Ginny. Jest w niebezpieczeństwie, ktoś pragnie ją dorwać.
Stworek ukłonił się, ale w jego oczach czaiła się pogarda.
-Stworku, daj spokój.- powiedział Harry.- Już zapomniałeś, kto dał ci TO?
Harry wskazał na wisior, który wisiał na szyi skrzata. Należał on niegdyś do Regulusa Black'a.
Stworek spojrzał na swój wisior i energicznie pokiwał głową, przytulając medalion do swojej piersi.
-No właśnie, więc przestań już się na mnie boczyć.
Stworek ukłonił się, ale teraz widać było, że nie czaiła się za nim chęć mordu.
Harry już był przy kominku, gdy obrócił się nagle i powiedział:
-A i mój syn, James.- wskazał na kojec, stojący na stole, który jako jeden z nielicznych nie był roztrzaskany.- Na niego też miej oko. Ja zaraz wrócę.
Stworek gorliwie pokiwał głową. Harry z ulgą stwierdził, że Stworek chyba znów go lubi. W każdym razie, nie jest już taki oschły...
Harry wyciągnął rękę do miseczki z Proszkiem Fiuu, która stała zwykle na gzymsie, ale tam jej nie było. Spojrzał w dół i zobaczył, że miseczka jest roztrzaskana, więc uzbierał trochę proszku z ziemi i wrzucił go do kominka. Płomienie od razu zmieniły kolor na szmaragdowy.
Wszedł w nie i powiedział głośno i wyraźnie:
-Nora!

Harry wyszedł z kominka. Zamierzał powiedzieć tylko, że z Ginny nie mogą przyjść, bo James jest już zmęczony i muszą się nim zająć. Usłyszał głos Pana Weasley'a:
-Panie Granger, to zawsze mnie zastanawiało... Do czego służy gumowa kaczka?
Lecz prawdopodobnie i tym razem Pan Weasley się tego nie dowie, bo Molly właśnie usłyszała przybycie Harry'ego. Wybiegła do przedpokoju i zaszczebiotała:
-Harry, kochaneczku! A gdzie Ginny?
-Ja tylko na chwilę, żeby powiedzieć, że nie możemy zostać, bo James jest zmęczony i...
-Och, daj spokój!- powiedziała Pani Weasley i wepchnęła Harry'ego do kuchni.- Przecież nic się nie stanie, jak zostaniesz na chwilę. Na Brodę Merlina, zmizerniałeś!
Harry prawdopodobnie by się zaśmiał, gdyby nie niepokój, który się w nim wezbrał. Natomiast Ron parsknął śmiechem w swój talerz.
Obok Rona siedział George, dalej Pan Granger, Artur, Pani Granger, dalej było puste miejsce Molly, Teddy, a na samym końcu Hermiona.
Teddy wstał i przytulił nogi Harry'ego.
-Cześć, wujek!
-Hej, Teddy.- Harry pogładził mu włosy, które miały teraz odcień gumy balonowej, co znaczyło, że się cieszy.
Niepewnie usiadł na wskazane miejsce. Zauważył, że Hermiona przygląda mu się badawczo.
Ron już się rozluźnił, więc śmiał się z czegoś, co powiedział mu George. Po chwili jednak pokręcił głową, a z ruchu jego warg można było wyczytać: "lepiej nie, proszę Cię George".
-Harry, co zjesz?- zapytała Pani Weasley.
-Dziękuję, nie jestem głodny...
-Ależ daj spokój, nałóż sobie chociaż ziemniaków...
Harry nie musiał już nic zrobić, bo ziemniaki same wleciały na jego talerz. Kątem oka zauważył, że George wyciąga coś z kieszeni i pokazał to Panu Grangerowi, który był tym bardzo zaciekawiony.
-Harry, co się stało?- Hermiona szturchnęła w ramię Harry'ego.
-Co? Nic...- bąknął Harry.
-Przecież widzę...
-Daj spokój, wszystko w porządku.
Harry zabrał się za swoje ziemniaki, mając nadzieję, że Hermiona da mu spokój, ale ta dalej patrzyła na niego z niepokojem.
-Jesteś spięty.
-Ja? Nie..
Usłyszeli stłumiony krzyk Pani Granger. Oboje spojrzeli w tamtą stronę i zobaczyli, że Pan Granger krwawi mocno z nosa. George zanosił się śmiechem, Pan Weasley był widocznie zakłopotany, a Ron wahał się, jakby z jednej strony chciał się zaśmiać, a z drugiej strony wiedząc, że nie powinien.
Teddy rechotał cicho, Hermiona i Molly podbiegły do Pana Grangera.
-GEORGE, JAK MOGŁEŚ!- ryknęła Pani Weasley.- W TEJ CHWILI DAJ PANU LEKARSTWO! Och, bardzo Pana przepraszam, on dał Panu krwotoczki truskawkowe, on i Fred...
Zrobiło się cicho. Nawet George przestał rechotać.
Tak się działo zawsze, gdy ktoś wspominał o Fredzie. George, przygnębiony podał Panu Grangerowi tabletkę, której na samym początku nie chciał przełknąć.
George wpatrywał się teraz w swój talerz.
Harry bardzo się zmieszał. Przypomniał sobie nagle o Ginny i ich domu, więc wstał i powiedział:
-Muszę już wracać do Ginny, pewnie się denerwuje.
Ron i Hermiona prześliznęli się za nim.
-Mamo, tato..- powiedziała Hermiona do przerażonych Grangerów.- Zaraz do Was wrócę, zostańcie tu...
Państwo Granger jakby chcieli zaprotestować, ale najwyraźniej zrezygnowali.
Harry spojrzał na nich pytająco.
-Coś ukrywasz.- powiedział Ron.
Harry westchnął. Czy naprawdę nie da się przed nimi nic ukryć?
Za chwilę wyszli z szmaragdowych płomieni i znaleźli się w Dolinie Godryka.
Hermiona wydała z siebie zduszony krzyk, a Harry zmuszony był opowiedzieć im, co się stało.
-Ale przecież użyłeś zabezpieczeń na Wasz dom!
-Widocznie za słabych.- powiedział Harry.- Jutro załatwię lepsze. A wiecie co jest najgorsze? Że zawsze, jak mam okazję ją złapać, to ona... Jakby znika! Słyszę ją za drzewami, idę tam, a jej znowu nie ma! Ale Peleryny Niewidki raczej nie używa, gdy byliśmy wtedy na polanie, nie miała żadnej przy sobie..
-Zaklęcie Kameleona.- stwierdziła rzeczowym tonem Hermiona i zrobiła bardzo hermionową minę.- Wiesz co to?
-Tak. Szalonooki Moody kiedyś go na mnie użył.
-No właśnie.
Stworek przeszedł obok nich, rzucił na nich krótkie spojrzenie i zabrał się do roboty. Ginny, która teraz też pracowała na dole krzyknęła:
-Chłoszczyć!
I Kremowe Piwo, które było porozlewane po blacie zniknęło.
-Stworek tu jest?- zdumiał się Ron, a na jego twarzy malował się wstręt.
-Tak, przyda się.
-To wspaniale!- krzyknęła entuzjastycznie Hermiona.- Będziesz mógł wprowadzić W.E.S.Z w życie!
Harry i Ron wymienili krótkie spojrzenia. Ginny właśnie ich zauważyła, więc cała trójka zabrała się do roboty.
Pracowali przez resztę wieczoru i połowę nocy. Hermiona tylko na chwilę wyszła, by zaprowadzić swoich rodziców do domu jej i Rona. Gdy Harry i Ginny kładli się spać czuli piasek pod oczami.


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

50. Grangerowie i zdemolowany dom.


Na samym początku chciałabym Wam podziękować- to już 50 rozdziałów, wow!
Dziękuję za wszelkie miłe słowa, jak i słowa krytyki. Naprawdę, motywujecie mnie do dalszego działania!
Jestem ciekawa, czy jest osoba, która przeczytała wszystkie 50 rozdziałów- jeśli tak, to jestem pod wrażeniem, dziękuję! :)
Mam nadzieję, że z czasem będzie nas więcej, a moje rozdziały będą coraz lepsze :)
Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam!
___________________________________________________________________

Była połowa lutego. Ginny właśnie skończyła pisać swoje sprawozdanie odnośnie meczu quidditcha. Obok niej siedział Harry z James'em na rękach. Mężczyzna wyczarowywał małe zwierzątka, które latały obok chłopca, który piszczał z radości. Harry już wrócił z ministerstwa, ponieważ na razie aurorzy nie mają zbyt dużo do roboty, więc spędzali razem miły wieczór.
Ginny poszła na górę i wyciągnęła z klatki brązową sowę w czarne cętki. Była to Fuksja, ich domowa sowa, którą mieli już od dłuższego czasu. Ginny bardzo podobały się białe sowy, ale wiedziała, że Harry'emu bardzo przypominają Hedwigę.
Ginny przywiązała sowie pergamin do nóżki i powiedziała:
-Polecisz do redakcji, Fuksjo.
Fuksja dumnie zagruchała i wyleciała.
Po chwili Ginny powiedziała:
-Możemy już iść.
Ubrali się, zabrali James'a i zapukali do domu, który stał obok nich. W drzwiach stanęła rozpromieniona kobieta o burzy brązowych włosów.
-Wchodźcie, zaraz tu będą.
Usiedli wygodnie na kanapie. Naprzeciwko siedział Ron, bardzo zesztywniały i spięty. Twarz miał bladą jak pergamin i wpatrywał się tempo przed siebie.
-Co, Ron, stresik?- Harry wyszczerzył do niego zęby.
-Łatwo Ci mówić, ty od małego znałeś moją mamę.- burknął Ron.
-Och, Ron, ty też znasz moich rodziców!- powiedziała Hermiona, po czym postawiła na stół półmisek z ciasteczkami.
-No tak, ale ostatnio jak ich widziałem, to mój tata walczył z Malfoy'em w Esach i Floresach.- Ronowi spłonęły uszy.
-Nie prawda, byli przecież na ślubie.
-No tak, ale nie rozmawialiśmy za dużo.
-Och, weź się w garść Ronald.- żachnęła się Hermiona.- Nie powiesz mi chyba, że boisz się mugoli?
Ron mruknął coś w rodzaju: ''Po nich, to można się wszystkiego spodziewać", po czym wcisnął sobie do buzi ciasteczko.
-A właściwie, to po co my tutaj jesteśmy?- zapytała Ginny, wskazując na siebie i Harry'ego.
-Chciałam, żeby rodzice poznali lepiej moich najlepszych przyjaciół.- powiedziała Hermiona, wzruszając ramionami.- Często o Was mówiłam, gdy byłam mała, a rzadko mięli okazje Was zobaczyć, więc teraz w końcu zapoznam Was jak należy. O Tobie, Harry, zawsze opowiadałam najwięcej, więc znają twoją historię... Możliwe, że będą się trochę przy Tobie krępować, ale nie martw się...
Harry przewrócił oczami, natomiast Ginny parsknęła śmiechem. Ron wpychał w siebie kolejne ciasteczko.
-Ron! Zanim przyjdą rodzice, to już nic nie zostanie.
James zakwilił. Hermiona spojrzała gwałtownie w tamtą stronę.
-Och, Jim, zapomniałam o Tobie!- zaszczebiotała, po czym podeszła powitać chłopca.- Jak się masz? Bardzo roz...
Ucięła. Usłyszeli pukanie do drzwi. Hermiona natychmiast odłożyła chłopca i w ciszy podeszła otworzyć drzwi. Ginny i Harry wymienili porozumiewawcze spojrzenia, a Ron zakrztusił się ciasteczkiem. Ze łzami w oczach opanował kaszel i wyprostował się.
-Mamo! Tato!- ucieszyła się Hermiona.- Jak ja Was dawno nie widziałam, wejdźcie!
-No córciu, ładny ten Wasz dom.- pochwalił Hermionę jej tata.
-Ale Ci już brzuszek urósł!- usłyszeli głos kobiety.
-Chciałabym Was lepiej poznać z moimi najbliższymi. Widzieliście ich już, ale nie znacie się najlepiej, więc poznam Was na nowo.
Gdy weszli, cała trójka wstała. Ron lekko się zachwiał.
Hermiona skinęła głową na Rona.
-Jak wiecie, to Ron, mój mąż.
Ron uśmiechnął się nerwowo, podał rozdygotaną rękę Panu Grangerowi, który uśmiechał się szeroko i skinął w stronę Pani Granger.
-To Ginny, moja przyjaciółka, siostra Rona i żona Harry'ego.
Teraz dopiero Grangerowie ujrzeli Harry'ego. Ich spojrzenie powędrowało na bliznę.
Ginny podeszła beztrosko do nich beztrosko, powitała się z Grangerami, którzy nie spuszczali wzroku z Harry'ego.
-No i Harry, mój najlepszy przyjaciel.- Hermiona uśmiechnęła się lekko, widząc rozkojarzenie na twarzach swoich rodziców.- Zawsze Wam o nim opowiadałam, pamiętacie?
Grangerowie skinęli niepewnie głowami. Harry podszedł do nich i powitał się, udając, że nie czuje na sobie ich natarczywych spojrzeń. Teraz wszyscy siedzieli wygodnie na kanapach, a Grangerowie ciągle rzucali niepewne spojrzenia w stronę Harry'ego, jakby bali się, że ich zaatakuje.
-Och, dajcie spokój.- Hermiona przewróciła oczami, najwyraźniej widząc niepokój na twarzy swoich rodziców.- Przecież Harry to dobry czarodziej, mówiłam Wam już, kogo pokonał.
Harry poczuł, że się czerwieni, a Grangerowie skinęli niepewnie głowami.
James zapłakał. Grangerowie wzdrygnęli się i spojrzeli w tamtą stronę. Ginny podeszłą i uspokoiła synka, a Hermiona powiedziała:
-To James, syn Harry'ego i Ginny. Napijecie się czegoś?
Pan Granger odchrząknął, po czym zachrypiał:
-Herbaty.
Reszta skinęła głowami, na znak, że proszą o to samo. Ron dalej się nie odzywał.
-Accio kubki!- krzyknęła Hermiona, po czym wystawiła rękę, a kubki same wleciały jej do dłoni. Grangerowie wzdrygnęli się i spojrzeli po wszystkich z niepokojem, a Hermiona przywołała teraz dzbanek z herbatą, która porozlewała się troszkę po drodze i cukier.
Jakiś czas później każdy trochę się rozluźnił, nawet rodzice Hermiony. Ron dalej mówił dosyć niepewnie i rzadko się odzywał, ale przestał być już taki blady. W pewnym momencie Hermiona opowiedziała o swoim zawodzie, dokładnie informując ich o W.E.S.Z. Ginny opowiedziała, że pisze dla "Proroka Codziennego" o meczach quidditcha, po czym wyjaśniła, o co w nim chodzi, bo Hermiona najwyraźniej nigdy nie zrobiła tego, aż tak dokładnie.
-Mają w sumie państwo przed sobą trzech graczy.- powiedziała Ginny i uśmiechnęła się.- Ja byłam ścigającą w drużynie Gryfonów, Harry był szukającym, a Ron obrońcą.
Pan Granger był bardziej zafascynowany tym sportem, więc teraz wypytywał Rona i Harry'ego, jak to jest grać na poszczególnych pozycjach, a Pani Granger ukradkiem zapytała:
-A Twój mąż, Hermiono? Czym on się właściwie zajmuje?
-Jest aurorem.
Na ten moment Pan Granger urwał w połowie swojego pytania o budowę tłuczka i spojrzał w ich stronę.
-To jest dosyć niebezpieczne zajęcie, prawda?
Hermiona skinęła głową.
-Harry jest szefem Biura Aurorów, a Ron jego zastępcą.
Zapanowała cisza. Państwo Grangerowie wpatrywali się z niepokojem w Rona i Harry'ego.
-Ale.. Teraz nie jest tak niebezpiecznie.- zaczął niepewnie Harry.- Od kiedy śmierciożercy są w Azkabanie..
-Śmiercio-co?
-W Abakazanie?
-Azkabanie.- poprawiła ich Hermiona i przewróciła oczami.- Przecież Wam opowiadałam! Śmierciożercy to poplecznicy Voldemorta..
-Ach, no tak...- przytaknął gorliwie pan Granger.
-...a Azkaban to ich więzienie.
Państwu Granger trzeba było przypominać niektóre rzeczy, od kiedy Hermiona cofnęła zaklęcie modyfikacji ich pamięci.
Przez resztę czasu rozmawiali o zawodzie aurora i śmierciożercach, aż w końcu Hermiona powiedziała:
-No, już czas! Jeszcze mieliśmy iść do Nory!
-N-nory?- zaniepokoił się Ron.
-No tak. Rodzice dawno nie widzieli się z Molly i Arturem. Użyjemy Proszku Fiuu.
-Proszku Fiuu?- zapytała z niepokojem Pani Granger.
-Tak.
Ginny i Harry wstali, po czym zabrali Jamesa, a Harry powiedział:
-Miło mi było Państwa spotkać.
Państwo Grangerowie uśmiechnęli się nerwowo.
Ron spojrzał błagalnie w stronę Harry'ego i zapytał:
-Nie idziecie do Nory?
Ginny pokręciła głową.
-Och, chodźcie!- zwołała Hermiona.- Molly się ucieszy.
Harry spojrzał w stronę Rona, którego oczy mówiły:
-Błagam Harry, błagam..
Po czym na Ginny, która skinęła głową.
-No dobra.
-Ale musimy iść na chwilę do domu.- powiedziała Ginny.- Przewiniemy James'a i nakarmimy...
Wyszli na zewnątrz i ruszyli w stronę swojego domu i wtedy to zobaczyli.
Drzwi była otwarte na oścież. Gdy weszli do domu przerazili się. Wiele rzeczy było porozbijanych i połamanych, jakby przeszło tamtędy tornado. Szafki były pootwierane, a rzeczy z nich powyrzucane.
-Ktoś tu czegoś szukał.



sobota, 4 kwietnia 2015

49. Groźba Romildy i mecz.


Chciałabym Wam życzyć spokojnych i radosnych Świąt Wielkanocy. Spędźcie ten czas z najbliższymi. Wesołego Alleluja! :)
___________________________________________________________________

-ROMILDA  VANE?
Harry nie mógł uwierzyć. Patrzył na nią, szczerze zdumiony. Różdżkę trzymał w pogotowiu.
-Harry, a więc mnie pamiętasz!- kobieta rozpromieniła się.- Zostaw tą różdżkę... EXPELLIARMUS!
Różdżka Harry'ego poszybowała w powietrze i zginęła w ciemności. Harry przeklął się w duchu i modlił się, by Ron i Bruno tu byli.
Romilda zrobiła pewny krok w stronę Harry'ego i uśmiechnęła się uwodzicielsko, trzepocząc rzęsami tak, że Harry miał ochotę miotnąć w nią jakąś klątwą.
-Tyle lat, Harry... Tyle lat..
Harry uniósł brwi i cofnął się, lecz ona wciąż do niego podchodziła, była coraz bliżej i bliżej...
-Nie uciekaj, Harry. Przed miłością nie da się uciec.
Harry parsknął niekontrolowanym śmiechem..
-Kobieto...- zarechotał.- Ja mam żonę i dziecko...
Twarz Romildy wydłużyła się.
-Więc to prawda?
-Tak.
Kobieta obrzuciła wściekłym wzrokiem pobliskie drzewa, jakby to one wszystkiemu zawiniły.
-Mogłeś wybrać lepiej. A poślubiłeś tą małą, plugawą, rudą...
Harry nie dał jej dokończyć.
-NIE ŚMIEJ JEJ TAK NAZYWAĆ!- ryknął Harry.
Ron prawdopodobnie by ją zaatakował, gdyby Bruno nie nadepnął mu ostrzegająco na stopę pod Peleryną Niewidką. Harry to usłyszał i poczuł ulgę.
Romilda przybliżyła się tak, że Harry mógł policzyć wszystkie piegi na jej twarzy. Chciał się wycofać, ale przywarł do drzewa.
-Oboje wiemy, że pragniesz czegoś innego... Kogoś innego... Przecież ona nie musi się dowiedzieć.
-Jesteś wariatką.
-Tak? Może zwariowałam z miłości...
-RON, BRUNO TERAZ!
Mężczyźni zdjęli Pelerynę. Ron ryknął:
-EXPELLIARMUS!
Różdżka wypadła z ręki zaskoczonej Romildy. Bruno krzyknął:
-INCANCERUS!
Ale nie trafił, więc grube liny oplotły pobliskie drzewo. Harry rzucił się na ziemię w poszukiwaniu różdżki. Usłyszał nad sobą:
-Ta Twoja ruda zdrajczyni własnej krwi jeszcze pożałuje, zobaczysz!
I uciekła.
Harry znalazł różdżkę i spojrzał po swoich przyjaciołach.
-Wracajmy.- mruknął.
Ron przez całą drogę gadał:
-'Ruda zdrajczyni własnej krwi'? Zupełnie jakbym słyszał Ślizgonkę! Przecież ona była Gryfonką!
Gdy weszli, zobaczyli ulgę na twarzy swoich żon. Za nimi powlókł się Bruno.
Gdy opowiadali im o tym, co się stało, Hermiona co chwilę im przerywała, szepcząc z niedowierzaniem:
-Nie spodziewałabym się...
-Ale, że Romilda?
-Jak ona mogła tak powiedzieć...
I tego typu rzeczy. Na koniec to skwitowała:
- Romilda zawsze była jakaś stuknięta. Pamiętacie te czekoladki nafaszerowane Eliksirem Miłosnym?
-Trudno by mi było zapomnieć...- mruknął z przekąsem Ron.
Ginny była naburmuszona. Romilda zadarła nie z tą kobietą... O tak, pożałuje, że kiedykolwiek dobierała się do jej męża.
Harry pragnął już tylko zostać sam na sam z Ginny. Hermiona jakby to wyczuła, więc zabrała Rona, twierdząc, że jest już późno. Bruno poszedł za nimi, mówiąc, że Emma dostanie zawału, jak zobaczy, że go nie ma.
-Pewnie zaraz wzywałaby aurorów...- powiedział.
Drzwi zamknęły się za nimi. Spojrzenia Harry'ego i Ginny spotkały się.
-Co za wariatka.- mruknął Harry.- Dopilnuję, by stanęła przed samym Wizengamotem, za naruszanie naszej prywatności...
-Nie o to chodzi..- zaperzyła się Ginny.- Jak ona może!? Jesteś żonaty!
Harry podszedł do niej i przytulił. Ginny poczuła nagły napływ ciepła, kończący się motylkami w brzuchu. Jak dobrze było go mieć przy sobie.
-Tak, mam żonę.- mruknął jej Harry w ucho.- I dziecko... Niedługo dwójkę dzieci... I jestem szczęśliwy. Żadna Romilda nigdy tego nie zmieni. Jasne?
Ginny kiwnęła głową czując, że się rumieni.
-Musisz na siebie uważać.- powiedział Harry.
-To ona powinna uważać...- warknęła Ginny.- Gdy ją dorwę...
-Daj spokój, nie wiemy do czego ona jest zdolna. Już raz prawie zabiła Rona, co prawda nieświadomie, ale jednak...
Spojrzeli sobie w oczy, a Ginny poczuła, że się rozpływa w zieleni oczu Harry'ego... Dlaczego tak na nią działają?
-Kocham Cię.- usłyszała głos swojego męża.
Chciała odpowiedzieć, że ona go też, ale pogrążyli się w pełnych pożądania i miłości pocałunkach.

Był początek lutego, bardzo pochmurny i deszczowy. Wiał wiatr, zaginający czubki gołych drzew. Przed domem stała kobieta o płomiennorudych włosach. Miała na sobie płaszcz butelkowego odcienia, a na głowę naciągnęła kaptur. Obok stał jej mąż, ciemnowłosy mężczyzna z okrągłymi okularami i dziwną blizną na czole. Wyciągnął w górę różdżkę, mruknął coś, a krople deszczu zaczęły się od nich odbijać.
Podeszła do nich kobieta o burzy brązowych włosów i mężczyzna o strasznie rudych włosach. Krople deszczu także do nich nie docierały. Potem odeszli nieco dalej, obrócili się w miejscu i zniknęli.
Harry, Ron, Hermiona i Ginny stali przed wielkim budynkiem. Był to stadion quidditcha.
Stał on na odludziu, a gdy już jakiś mugol go zobaczył, przypominał sobie nagle o czymś bardzo ważnym i musiał zawrócić.
Potterowie i Weasley'owie wybrali się na mecz towarzyski Irladnia vs. Harpie z Holyhead. Ginny musiała napisać o nim raport, a Harry, Ron i Hermiona po prostu zabrali się z nią.
Harry bardzo chciał zobaczyć mecz quidditcha, ale z drugiej strony bał się też o Ginny, po tym, co powiedziała Romilda. Chciał zabrać James'a, ale Ginny uparła się, że byłby to dla niego za duży szok. Mimo to, Harry uważał, że quidditch najlepiej od małego wpijać dziecku do głowy.
Niestety, James został z Molly, która ochoczo go przyjęła.
Ponieważ Ginny była niegdyś ścigającą w Harpiach, zaopatrzyli się w gadżety w barwach Harpii. Weszli na trybuny, a miejsce mięli w loży honorowej. Ginny zawsze dostawała miejsca w loży honorowej, a po części dlatego, że jest redaktorką i musi widzieć mecz dokładnie, a po części dlatego, że ma na nazwisko Potter.
Maskotki obu drużyn powitały ryczących z zachwytu widzów. Po chwili zaczął się mecz. Wystrzelili na miotłach, a Harry poczuł niezłomną ochotę wzniesienia się w górę na swojej Błyskawicy. Już tak dawno nie grał w quidditcha, pomijając mecze mini-quidditcha, które rozgrywał z Weasley'ami w Norze.
Ponieważ stadion był pod gołym niebem, deszcz dudnił jak najęty w twarze graczy, co było utrudnieniem. Po stadionie rozbrzmiewał głos komentatora:
-Teraz kafla mają Harpie, nie Irlandia, nie znów Harpie! Za chwilę... coraz bliżej pętli... I GOOL! HARPIE PROWADZĄ 10:0!
Fani Harpii wznieśli się w górę, w tym Harry, Ron, Hermiona i Ginny.
Po 45 minutach zdrowej rywalizacji szukająca Harpii złapała znicza. Harpie wygrały 390:230.
Harry, Ron, Hermiona i Ginny wyszli z loży w świetnym humorze. Szybko się jednak popsuł.
Właśnie zamierzali się deportować, gdy przed nimi stanął Draco Malfoy. W Harrym zebrała się nienawiść.
To fakt, podczas wojny z Voldemortem i śmierciożercami Harry i Malfoy starali się sobie pomagać. Teraz jednak, gdy wszystko się skończyło, przypomniały im się stare urazy. A Harry dalej nie mógł wybaczyć Malfoy'owi tego, że używał wobec niego leglimencji. Niby był do tego zmuszony, ale Harry nie do końca mu wierzył.
-O, kogo mu ty mamy! Potter, rudzielce i szlama!
-Zamknij się Malfoy!- warknął Ron.
-Och, proszę, nie bij!- krzyknął Malfoy, niby głosem pełnym przerażenia, ale zaraz roześmiał się kpiąco.- Co Weasley, twoja siostrzyczka dostaje miejsca za darmo, więc w końcu możesz sobie pooglądać mecz, tak? Czy może sprzedałeś cały swój dobytek, by wykupić te miejsca?
Teraz Ron i Harry wyciągnęli różdżki. Malfoy zrobił to samo.
-A gdzie Twoja matka, co Malfoy?- zapytał Harry z kpiną w głosie.- Uciekła przed śmierciożercami, już nie interesuje się swoim synalkiem? A ojciec? A no tak, w Azkabanie, tam gdzie jego miejsce, pewnie na Ciebie czeka..
Malfoy zaczerwienił się ze złości.
-A gdzie Twoja mamusia, co Potter? Nie żyje. A tatuś? Nie żyje. Cóż, tchórze zawsze umierają, to dziwne, że wy jeszcze żyjecie..
Ale Harry już nie dbał o to, co mówi Malfoy. Złość w nim kipiała, pragnął rzucić się na Malfoy'a i wydłubać mu oczy. Jak śmiał wspominać o jego rodzicach?
-DRĘTWOTA!- ryknął Harry, a Malfoy odleciał. Hermiona i Ginny złapały Harry'ego i Rona za kurtkę, ale było już za późno, oboje byli wściekli. W tej chwili do Malfoy'a podbiegła jakaś kobieta:
-Draco, och Draco... Kto Ci to zrobił?
Spojrzała na Harry'ego i skamieniała.
-Harry Potter...- szepnęła, a jej oczy zatrzymały się na bliźnie Harry'ego.- Draco, spójrz, to Harry Potter!
Harry poczuł mściwą satysfakcję, gdy Malfoy wstał, złapał ową kobietę za rękę i warknął:
-Chodź...
Najwyraźniej dziewczyna Malfoy'a darzyła podziwem Harry'ego. Co mogło się lepszego zdarzyć?
W lepszych już humorach wrócili do Doliny Godryka, by świętować zwycięstwo Harpii, oblewając to Kremowym Piwem
__________________________________________________________________
P.S. W rozdziale "25. Tajemniczy list" doszło do pewnej zmiany. Tam jest wyjaśnione, dlaczego.




piątek, 3 kwietnia 2015

48. Podglądacz.


W następnym czasie Harry miał bardzo dużo roboty w Ministerstwie.  Jacyś przygłupi czarodzieje używali na sobie zaklęć niewybaczalnych, a było to karalne, więc zrobiło się zamieszanie. Oprócz tego, niedługo Harry miał odwiedzić Azkaban, by sprawdzić ich środki zabezpieczające. To go przygnębiało.
Co prawda, w Azkabanie nie było już dementorów, ale dalej panowała tam niezbyt miła atmosfera, wręcz przygnębiająca.
Oprócz tego, relacje Ginny i Harry'ego były trochę napięte. Wyrażali się do siebie w sposób przesadziście uprzejmy. Oboje jednak pragnęli tego samego- zgody. I choć oboje krępowali się sobie to wyznać, to i Harry, i Ginny nie mogli tego już dłużej wytrzymać.
I pewnego dnia, gdy Harry wrócił do domu z myślą, że w końcu porozmawia z Ginny, to ona go wyprzedziła. Gdy tylko wszedł, ona stanęła w progu i poprosiła go 'na słówko'.
I wtedy sobie w końcu wszystko wyjaśnili- Harry przeprosił ją za to, że zachowywał się jak zimny gnojek, a Ginny jego, za to, że mu nie uwierzyła. Nie potrafili się na siebie złościć.
Ginny usiadła mu delikatnie na kolana i objęła go, po czym pocałowała tak, jak podczas 17-tych urodzin Harry'ego- czyli bardzo niezwykle. On jej odpowiedział tym samym i zdawało się, że tego wieczoru już nic nie zakłóci ich spokoju, ale James dał o sobie znać, więc musieli przerwać tą chwilę rozkoszy.

Harry siedział w swoim gabinecie w Ministerstwie Magii. Była końcówka stycznia, a za oknem znikał biały puch, a tworzyło się błoto i chlapa.
Mężczyzna wpatrywał się w jakiś protokół z Azkabanu o śmierciożercach, ale jego oczy nie poruszały się. Myślami był zupełnie gdzie indziej.
Bo chociaż na dom Potterów rzucono zaklęcia zabezpieczające, to niestety ów osoba dalej kręciła się w pobliżu ich domu. I najdziwniejsze było to, że gdy Harry tylko próbował zdemaskować podglądacza, to za każdym razem nikogo tam nie było...
Mężczyzna pomyślał, że być może ta osoba ma Pelerynę Niewidkę? Co prawda to on, Harry, miał prawdziwą Insygnię Śmierci, ale przecież istnieją jeszcze kopie, które działają przez jakiś czas.
W tym momencie do okna zapukała jakaś sowa- Harry jej nie znał. Wyglądała jak kompletnie zdziczała i nieoswojona, jakby ktoś ją przed chwilą schwytał...
Harry otworzył okno, odwiązał pergamin z nóżki sowy i zaczął czytać. Litery były powyklejane z jakiejś gazety, prawdopodobnie z 'Proroka Codziennego'.

Najdroższy Harry!
Jeżeli chcesz wiedzieć, kto ciągle Cię obserwuje, możesz przyjść w miejsce gdzie s chowam, dzisiaj o pierwszej w nocy.
Bądź sam, nie ch, by ktoś nam przeszkadzał.
Całuję i czekam z niecierpliwością.

Harry patrzył na to lekko otępiały, ale jednego był pewien- nie napisał tego żaden groźny czarnoksiężnik.

Mimo wszystko, Ron uparł się, by pójść z Harrym pod Peleryną Niewidką. Hermiona i Ginny też chciały pójść, ale Harry stanowczo tego zabronił:
-Jesteście w ciąży! A tak poza tym, to damy sobie radę.
-A jeśli to tylko przykrywka?- żachnęła się Hermiona, machając mu listem przed nosem.- Jeśli to tak naprawdę osoba, która chce Cię wykończyć!? Jeśli ta osoba specjalnie pisała takim przymilnym językiem, by zbić Cię z tropu!? Jeśli będzie ich więcej!?
-Daj spokój, Hermiono. Nawet jeśli tak jest, to i tak tam nie pójdziecie, chociażby ze względu na dzieci.- zakończył rozmowę Ron.
Ale Ginny niepokoiło jeszcze coś. A konkretnie fragment listu: 'Bądź sam, nie chcę, by ktoś nam przeszkadzał. Całuję i czekam z niecierpliwością'. Ta osoba wyraźnie pragnęła uwieść jej męża!
Kwadrans przed pierwszą Ron schował się pod Peleryną Niewidką, zgięty wpół. Już dawno minęły te czasy, gdy mógł iść pod nią swobodnie wyprostowany.
Hermiona i Ginny zostały razem, w domu Potterów. Nie zamierzały za żadne skarby iść spać. Były lekko naburmuszone.
Właśnie przechodziły obok domu Parkerów, gdy ich drzwi otworzyły się gwałtownie. W progu stał zaspany Bruno, a na sobie miał piżamę i kraciasty szlafrok. Zamiast w butach, kroczył w kapciach- hipogryfach.
-Cześć, Harry.- wybąkał.
-Bruno?- zdumiał się mężczyzna.- Czemu nie śpisz?
-Poszedłem do kuchni napić się wody.- wyjaśnił, przecierając oczy.- Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem, że gdzieś idziesz. Więc zaczynam się zastanawiać, na Brodę Merlina, dokąd ty idziesz o tej porze?
-Emm..-bąknął zakłopotany Harry.- No idziemy... na spacer..
-IdzieMY? Kto z Tobą jest? O tej porze!?
Harry westchnął. Bruno mierzył go podejrzliwym wzrokiem.
Więc chcąc, nie chcąc opowiedział mu dokąd zmierza.
-Idę z Tobą!
-Nie ma mowy!- syknął Harry.- Wracaj do łóżka.
-Nie będziesz mi rozkazywać!- warknął Bruno.
-Ale Bruno, nie możesz iść ze mną, przecież to może być niebezpieczne..
Ale Bruno krzyknął:
-Poczekajcie chwilę!
Po czym zatrzasnął drzwi i za chwilę wybiegł, w pełni ubrany.
-Obudziłem niechcący Emmę.- mruknął.- Ale na szczęście znów zasnęła.
Schował się razem z Ronem pod Peleryną Niewidką, co było nie łatwe, i ruszyli w wyznaczone miejsce. Bruno cały czas biadolił:
-To prawdziwa Peleryna Niewidka, prawda? Jedno z prawdziwych Insygń Śmierci, tak?
Ron kiwnął głową, a Bruno wydał z siebie zduszony krzyk zachwytu, po czym przejechał palcem po tkaninie.
Harry'ego trochę to denerwowało. Oczywiście, bardzo lubił Bruna, ale tylko wtedy, gdy traktował Harry'ego jako kumpla, a nie jako Wybrańca, albo Chłopca-Który-Przeżył.
Szczęście, że Ron nigdy taki nie był.
Ron nadepnął pod Peleryną na stopę podnieconego Bruna, bo dotarli do celu. Harry mruknął:
-Lumos.
I rozejrzał się. Nikogo nie zobaczył.
Nagle jakaś postać spowita w ciemnej szacie i kapturze, złapała go za ramię i zaciągnęła wgłąb na jakąś polanę. Harry modlił się w duchu, by Ron i Bruno byli za nim.
Osoba puściła go i zdjęła kaptur. W pierwszej chwili Harry nie poznał ów kobiety, ale pewien był, że ją kojarzy. I nie mylił się.
Stała przed nim kobieta o ciemnych oczach i burzy czarnych włosów.
To ona niegdyś podrzuciła dla Harry'ego czekoladki naszpicowane Eliksirem Miłosnym. To przez nią Ron kiedyś prawie zginął. I to ona była najbardziej wściekła, gdy Harry pocałował po raz pierwszy Ginny na oczach wszystkich Gryfonów.
Stała przed nim Romilda Vane.


czwartek, 2 kwietnia 2015

47. Obserwowani.


Przyszedł styczeń, a razem z nim nowy rok. Napadało jeszcze więcej śniegu, ale świeciło Słońce.
Ginny i Harry szli zasypaną śniegiem ścieżką, na którą padały promyki Słońca. Ginny trzymała Harry'ego pod ramię, ten natomiast prowadził wózek z małym James'em. Wyglądaliby jak normalna, szczęśliwa rodzina, gdyby nie to, że Harry usuwał ukradkiem za pomocą magii śnieg, który mięli pod stopami.
Rozmawiali beztrosko, gdy nagle Harry znów to usłyszał. Jakiś dźwięk dochodził zza pobliskich drzew. Przestał usuwać śnieg spod ich stóp i wycelował różdżką w tamtą stronę. Ginny, która niczego najwyraźniej nie usłyszała, patrzyła się na niego zdziwiona.
-Harry?- zapytała.- Coś się stało?
Z uniesionymi brwiami patrzyła, jak mężczyzna podchodzi do tamtego miejsca, przeszukując je dokładnie.
-Może wracajmy?- zapytała.- I tak zaraz musisz iść do Ministerstwa...
Harry zawahał się, po czym zawrócili się z powrotem do domu. Gdy stali już w ciepłym salonie, Ginny zapytała:
-Harry, o co Ci tak właściwie chodzi?
-Ktoś tam był.- odparł stanowczo Harry.- Mógłbym przysiąc...
Ginny przewróciła oczami.
-Och, Harry, wydaje Ci się. Po prostu jesteś zbyt wyczulony...
Opadli na kanapę.
-Nie sądzę.- Harry zmarszczył czoło.- Chyba lepiej będzie, jak zapewnię nam dodatkowe zabezpieczenia.
-Co?!- krzyknęła Ginny, wstając.- Jakie niby... 'zabezpieczenia'?
-No takie, które chroniłyby nasz dom przed intruzami...
Ginny patrzyła niego jak na idiotę.
-Harry, ty naprawdę oszalałeś! Zrozum- za każdym rogiem nie kryją się śmierciożercy, są w Azkabanie.
-Wiem.- mruknął Harry.- To wcale nie muszą być śmierciożercy.
-Harry, zachowujesz się jak Szalonooki Moody. Kompletnie oszalałeś.
Teraz i Harry się poderwał.
Szaloonoki był wspaniałym aurorem, Harry zawsze darzył do dużym szacunkiem. Ale po prostu... No miał lekkiego bzika.
-Nie oszalałem!- żachnął się Harry.- Po prostu dbam o nasze bezpieczeństwo...
-Dbasz o nasze bezpieczeństwo!? Harry, to przesada! Ty chyba powoli wariujesz... A ja bym po prostu chciała żyć w spokoju!
-Więc chyba poślubiłaś nie tą osobę.
James zaczął płakać. Harry ruszył w jego stronę, by go uspokoić, ale Ginny patrząc na niego spode łba, przysunęła wózek do siebie.
To przeważyło szalę.
-Świetnie!- ryknął Harry, po czym wyszedł z domu, trzaskając drzwiami tak głośno, że Ginny się wzdrygnęła, a James zaczął płakać jeszcze głośniej.

Harry kroczył korytarzem Ministerstwa Magii. Był wściekły.
Jak ona może w ogóle tak uważać? Jak mogła nie pozwolić mu wziąć James'a na ręce? Czy ona naprawdę nie rozumie, że chce ich chronić?! Przecież nie oszalał!
Nie panował nad emocjami. Jego młodzieńczy temperament, nad którym nigdy nie panował, powrócił ze zdwojoną siłą.
Za każdym razem, gdy ktoś mówił:
-Dzień dobry, szefie.
Albo:
-Skończyłem już to, co miałem zrobić...
Lub:
-Co mam dzisiaj zrobić?
To Harry odpowiadał w bardzo niemiły sposób. Po prosu warczał na każdego, kto się nawinął. I gdy już 5 osób go zaczepiło, obiecał sobie, że następnej osobie zrobi po prostu krzywdę. I gdy usłyszał za plecami:
-Harry, poczekaj!
To odwrócił się z wycelowaną w ową osobą różdżką. Zobaczył Rona i natychmiast ją opuścił.
Jego przyjaciel patrzył na niego trochę przestraszony.
-Spokojnie, stary. Co Ci jest?
Harry zawahał się, po czym powiedział:
-Pokłóciłem się z Ginny.
Na twarzy Rona zobaczył... ulgę?
-W takim razie nic strasznego. Też ciągle kłócę się z Hermioną, bo wiesz, teraz mają te swoje humorki, w końcu są w ciąży...
-Ach, doprawdy, Ronaldzie?- usłyszeli kobiecy głos.
Za nimi stał nie kto inny, jak Hermiona.
-Och, Hermiono!- wybąkał Ron.- Co Ty tutaj robisz?
-Pracuję?- Hermiona uniosła brwi, po czym zwrócił się do Harry'ego.- A ty co taki nadąsany?
Opowiedział im o wszystkim, zaczynając od spaceru, kończąc na ich kłótni.
-I moja siostra uważa Cię za wariata?- oburzył się Ron, a następne zdanie wypowiedział pod nosem.- Ja jej zaraz dam wariata...
Harry był im wdzięczny- przynajmniej oni nie uważają, że oszalał.
Hermiona miała natomiast przestraszoną minę:
-Harry, masz rację, powinieneś rzucić na Wasz dom jakieś zabezpieczenia, może pójdź z tym do Kingsley'a?
Harry'emu od razu przypomniała się Hermiona z lat Hogwartu. Zawsze gdy działo się coś dziwnego, np. Harry'ego bolała blizna, ona od razu była zaniepokojona i kazała mu iść do Dumbledore'a. Mimowolnie się uśmiechnął.
-Nie sądzę, bym powinien zawracać głowę Ministrowi Magii. A tak poza tym, nie zamierzam robić czegoś wbrew woli Ginny.

James spał. Ginny stała przy oknie, wpatrując się tempo przed siebie. Była nie tylko wściekła na Harry'ego, ale i na siebie.
Nie powinna była go oskarżać. Przecież Harry chciał jak najlepiej. Ale z drugiej strony, czy on wszędzie musi dopatrywać się niebezpieczeństwa?
Zobaczyła czyjąś rękę za drzewami. Ta od razu się schowała.
Zamarła. To były te drzewa, za którymi Harry coś usłyszał.
Czyli jednak miał rację. Poczuła ukłucie wyrzutów sumienia i strach.
Walczyły w niej mieszanie uczucia. Rozum mówił jej:
-Ginny zostań tu! To niebezpieczne, Harry się wścieknie, jak się dowie, że tam poszłaś!
Natomiast serce wołało:
-Idź tam! Przecież ten ktoś narusza Waszą prywatność! To przez tego kogoś pokłóciłaś się z Harrym!
Serce wygrało.
Jednak tak jak się spodziewała- gdy tam przybyła, gotowa do walki, nikogo już nie było.
Pozostało jej tylko czekać na swojego męża.
Tak więc, gdy zobaczyła, że wskazówka Harry'ego wskazuje na: "dom", zamarła w napięciu. Usłyszała otwierające się drzwi.
Harry wszedł do salonu bez słowa, rzucił jej krótkie spojrzenie, podszedł do kojca, który stał obok Ginny i powitał się z synem.
Odłożył go delikatnie i już miał wyjść, gdy Ginny zagadnęła:
-Harry..?
Obrócił się na pięcie i spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
Z jednej strony chciał wyjść, powiedzieć, że przecież jest wariatem i nie mają o czym rozmawiać, ale z drugiej strony pragną przytulić ją do siebie i nigdy już nie puścić.
Zamiast tego stał w miejscu z lekko uniesionymi brwiami.
-Harry.. Miałeś rację..- Ginny podeszła do niego nieśmiało.- Ktoś tam naprawdę był. Dzisiaj widziałam jego rękę, ale gdy tam poszłam, już tej osoby nie było...
Harry spojrzał na nią przerażonym wzrokiem.
-Poszłaś tam!? Przecież to...
-... niebezpieczne.- dokończyła Ginny.- Tak wiem.
Stali w milczeniu, patrząc na siebie.
-Może jednak warto rzucić te zaklęcia, co?
-Tak.- burknął Harry.- Chyba tak. Nie mówię tu o żadnych skomplikowanych zaklęciach, ale o takich najważniejszych...
Ginny kiwnęła głową i złapała go lekko za ramię, bojąc się, że ten je wyrwie. Nic jednak nie zrobił.
-Przepraszam.- wyszeptała.- Ja naprawdę nie chciałam.. Po prostu zdenerwowałam się, w moim stanie to może się zdarzyć...
Harry kiwnął głową, ale w głębi serca pomyślał, że Hermiona na pewno nie nazywa Rona wariatem.
-Jesteś na mnie zły.- stwierdziła Ginny i poczuła jeszcze większe ukłucie wyrzutów sumienia.
Harry niezbyt przekonująco pokręcił głową i powiedział, przypatrując się swoim butom:
-Też przepraszam. Może faktycznie jestem przewrażliwiony.
I wyszedł, pozostawiając Ginny z mętlikiem w głowie.
Nie była na niego zła, że tak ją potraktował. Chyba sobie zasłużyła.
Postanowiła, że zrobi wszystko, by już się nie złościł.





środa, 1 kwietnia 2015

46. Święta i nowi sąsiedzi.


Reszta listopada minęła w oka mgnieniu i zbliżała się końcówka grudnia. Ulice Doliny Godryka okrył biały puch, a mugole siłowali się z lampkami, które zawieszali na domy. Harry i Ginny, podobnie jak Ron i Hermiona przystroili swoje domy za pomocą czarów, gdy żaden mugol nie patrzył.
Ginny i Harry, odświętnie ubrani, zabrali James'a do nosidełka i deportowali się do Nory. Był 24 grudnia.
Na początku wszystkie kobiety rozpływały się na widok James'a. Harry zaobserwował, że Percy'emu towarzyszy Andruey, a George'owi Angelina.
Fleur znacznie urósł brzuszek. Co prawda, Ginny i Hermione też, ale nie było to tak zauważalne. Dzisiaj obie kobiety miały obwieścić swą wesołą nowinę.
Tak więc, gdy każdy wymienił się prezentami, a kolacja wigilijna prawie się skończyła, Ginny i Hermiona już nie zwlekały. Harry przez chwilę myślał, że Molly zemdleje.
Oczywiście, ze szczęścia. W pierwszej kolejności podbiegła do obu kobiet, potem do Rona, który akurat się jej nawinął, a na koniec do Harry'ego. Tak go obcałowała, że czuł się nieswojo.
A potem reszta rodziny. Harry dosłyszał, jak Fleur mówiła swoim francuskim akcentem:
-Tak się cieszę, mogłiście mi powidzieć, nikomu bym nie powidziała. Będziemi mogli się wimieniać poglądami..
Hermiona i Ginny nie były zachwycone.
Potem zwróciła się do Harry'ego:
-Och, 'Arry! Gharuluję, to już dhrugie dziecko?
W tym momencie do Fleur podbiegła Victorie, mówiąc, że Teddy znów ją zaczepia. Fleur uspokajała swoją córkę, a Harry ruszył ku Teddy'emu, który był widocznie nadąsany.
Teddy nie zdradził nikomu powodów jego złości, ale w głębi duszy zazdrosny był o swojego wujka. Przez resztę dnia jego kolor miały kolor mysi, aż George go zabawił jedną z fałszywych różdżek.

Molly długo namawiała Ginny i Harry'ego by zostali na noc, jednak musieli odmówić. James powoli kaprysił.
Deportowali się blisko domu (James się wściekł, nienawidził tego sposobu podróżowania, więc zaczął płakać, a Ginny musiała go uspokoić) i ruszyli spokojnym krokiem w stronę domu. Rozmawiali beztrosko, dopóki Harry czegoś nie usłyszał. Był to bez wątpienia szelest liści i łamanie gałęzi, dobiegające zza pobliskich drzew. Harry automatycznie wyciągnął różdżkę i spojrzał w tamtą stronę. Mruknął:
-Lumos.
I koniec różdżki rozjarzył się światłem. Niepewnie ruszył w tamtą stronę.
-Harry?- zagadnęła Ginny, jednak ten przyłożył sobie tylko palec do ust.
Zaświecił w tamto miejsce, lecz nikogo nie ujrzał. Obrócił się, lekko zbaraniały i powiedział:
-Zdawało mi się.., że kogoś słyszałem.
Ginny przewróciła oczami.
-Och, daj spokój. Pewnie Ci się wydawało...
-Nie oszalałem.- warknął Harry.- Wyraźnie coś słyszałem.
Kobieta się zniecierpliwiła.
-To może to był jakiś pies sąsiadów, albo bezpański kot? Och, naprawdę, chodź już, James się denerwuje...
Chłopiec rzeczywiście nie był zadowolony.
Ginny podeszła do Harry'ego, wzięła go delikatnie za rękę i z powrotem szli w stronę domu, jednak Harry'emu nie dawało to spokoju.
-I schowaj tę różdżkę.- szepnęła Ginny.- Jak nasi sąsiedzi-mugole zobaczą, że masz w ręku świecący patyk, to już zupełnie oszaleją...
Harry mruknął:
-Nox.
I różdżka przestała się palić, więc schował ją do tylnej kieszeni spodni.

Następnego dnia Harry wstał delikatnie, by nie obudzić śpiącej obok jego Ginny, który wtuliła się w niego. Pocieszała go myśl, że nie musi dzisiaj iść do pracy, bo są święta.
Ubrał się, poszedł do James'a, jednak ten dalej spał, więc zszedł na dół i wyjrzał przez okno. Zdumiał się.
Do domu obok, jacyś ludzie wtaszczali kufry. Mężczyzna nie pokazywał twarzy, jednak Harry widział oblicze kobiety.
Była to ciemnowłosa kobieta, o niebieskich oczach. Była ładna.
To co powiedziała, jeszcze bardziej zszokowało Harry'ego:
-Miotły przynieś teraz, póki mugole jeszcze śpią...
Czarodzieje.
Ginny, zaspana i w koszuli nocnej podeszła do Harry'ego, przytulając go delikatnie.
-Kto to?- zapytała po chwili.
-Nie wiem. Ale raczej jacyś czarodzieje. Mówili o mugolach i miotłach...
-Myślisz, że powinniśmy ich odwiedzić?
-Nie, raczej nie. Wprosimy się do nich i powiemy: "Hej, jesteśmy czarodziejami, poznamy się?"?
Ginny zachichotała.
-Nie, nie o to chodzi.- powiedziała po chwili.- Ale pewnie chcieliby wiedzieć, że nie są sami. No... tu mieszkają jeszcze inni czarodzieje,
Nie musieli jednak do nich iść. Jeszcze tego samego dnia, popołudnia ktoś zapukał do ich drzwi.
Harry je otworzył i zobaczył mężczyznę, którego skądś znał. Za nim stała owa ciemnowłosa kobieta.
Mężczyzna nie patrzył na Harry'ego, widocznie trochę zakłopotany.
-No.. Dzień Dobry. Jesteśmy nowymi sąsiadami, mamy pytanie...
Harry nagle zdał sobie z czegoś sprawę.
-BRUNO!?
Mężczyzna spojrzał na Harry'ego zaskoczony.
-Harry!? To ty!?
Kobieta za Brunem nabrała głośno powietrza.
Był to Bruno Parker, czarodziej czystej krwi, który niegdyś zachwycał się technologią mugolskiego roweru. Harry i Ginny poznali go na ich wyjeździe z okazji rocznicy ślubu.
-Taak.- zaśmiał się Harry.
-Co Ty tutaj robisz?
-Mieszkamy tu.
Oczy Bruna powiększyły się do wielkości galeonów.
-Naprawdę!? Jesteśmy sąsiadami!
Harry zaprosił Bruna i ową kobietę do środka.
-To Emma, moja żona.
Harry uśmiechnął się do kobiety, a ona zarumieniła się. Często spoglądała na jego bliznę, ogólnie nic nie mówiąc.
Ginny powitała Bruna z entuzjazmem, a ten podszedł do kojca z James'em:
-James! Ale żeś wyrósł, chłopie!
Potterowie dowiedzieli się, że małżeństwo postanowiło zorientować się wśród sąsiadów. Chcieli wiedzieć, czy nie mieszkają tu sami mugole. Pukali do drzwi, mówili, że są nowymi sąsiadami i pytali, czy przypadkiem nie znają Albusa Dumbledore'a. Jeśli nie, to znaczy, że są to mugole, bo jacy czarodzieje nie znają Dumbledore'a? Pozostawiali wtedy owych sąsiadów, przepraszając za kłopot. Mugole mięli mętlik w głowie.
-To jak? Mieszkają tu jeszcze jacyś czarodzieje?
-Tak.- odpowiedział Harry.- W domu obok. Ron i Hermiona Weasley'owie,
-Ach... Tak.- powiedział Bruno z zapałem.- Znam ich z kart od Czekoladowych Żab... To Twoi najbliżsi przyjaciele, prawda Harry?
-Tak.
O wilku mowa. Weasley'owie wpadli do nich z przyjacielską wizytą. Szybko polubili Parkerów.
Teraz Hermiona, Ginny i Emma rozmawiały o czymś, chichocząc. Emma w końcu przestała się wstydzić, więc rozmawiała normalnie i okazała się miłą kobietą. Należała niegdyś do Ravencvlawu, była w wieku Ginny.
Rozmawiali długo. O wszystkim. Sąsiadach, quidditchu, Hogwarcie i innych sprawach. Co jakiś czas Ginny lub Harry odchodzili od rozmów, by zająć się James'em. Dopiero gdy wieczorem Parkerowie wrócili do siebie, Ron stwierdził:
-Nawet miła ta rodzinka.
-Taak!- powiedziała z zapałem Hermiona.- Emma powiedziała mi, że popiera moją W.E.S.Z., podobno czytała moje ogłoszenie w 'Proroku' i chciałaby mi pomóc...
Wszyscy spojrzeli po sobie znacząco.